Skip to content
Menu

SŁOWIAŃSKA SZCZEROŚĆ

Mariusz Sepioło
Ilustracja: Frycz & Wicha

8 lipca 2022

Mowa nienawiści: jest już wszędzie, jest jej coraz więcej.

Mowa nienawiści to realne konsekwencje dla jej ofiar: od depresji i lęków po samookaleczenia i samobójstwa

Sasza spaceruje z mamą w Parku Skaryszewskim. Mijają kobietę z psem na smyczy. Mama Saszy schyla się, żeby go pogłaskać. Kobieta odciąga psa i mówi: „Ukraińskie kurwy nie będą cię zaczepiać”.

– Tego samego dnia wieczorem w parku na ławce znalazłam napis: „Jebać ukraińskie kurwy” – opowiada Sasza, badaczka, dziennikarka i pisarka od dwunastu lat mieszkająca w Polsce.

To, co spotkało Saszę i jej mamę, to klasyczny przykład mowy nienawiści. ONZ definiuje to zjawisko jako „każdy rodzaj komunikacji w mowie, piśmie lub zachowaniu, która atakuje lub wykorzystuje pejoratywny lub dyskryminujący język w odniesieniu do osoby lub grupy ze względu na to, kim są; innymi słowy ze względu na ich religię, pochodzenie etniczne, narodowość, rasę, kolor skóry, pochodzenie, płeć lub inny czynnik tożsamości”. 

Mowy nienawiści jest coraz więcej. Według danych CBOS z 2019 r. z wypowiedziami, które „obrażały innych ze względu na takie cechy, jak rasa, kolor skóry, wyznanie (lub jego brak), narodowość, pochodzenie etniczne, orientacja seksualna, płeć, wiek czy niepełnosprawność” zetknęło się 57 proc. Polaków. Kiedy CBOS badał to zjawisko pierwszy raz dwanaście lat temu, odsetek ten wynosił prawie 20 punktów procentowych mniej.

Co kilka lat w Polsce jakaś grupa pada ofiarą nakręcanej odgórnie nagonki. Jesienią 2015 r., kiedy w Europie trwał kryzys migracyjny, a politycy w kampanii wyborczej sięgali po antyuchodźczą narrację, Centrum Badań nad Uprzedzeniami zapytało Polaków o postrzeganie muzułmanów. Blisko połowa badanych nie chciała muzułmanów w swoim najbliższym otoczeniu. Najwięcej uprzedzeń widać było w młodym pokoleniu.

W ostatnich latach ofiarami mowy nienawiści regularnie padają w Polsce osoby LGBT, przedstawiane jako zagrożenie dla cywilizacji, rodziny, „ideologię”, „tęczową zarazę”. W czerwcu 2022 r. Jarosław Kaczyński na spotkaniu z wyborcami we Włocławku z rozbawieniem stwierdził: „Oczywiście ktoś się może z nami nie zgadzać, ma lewicowe poglądy. Uważa, że każdy z nas może w pewnym momencie powiedzieć, że teraz, do tej pory, do godziny – jest w tej chwili koło wpół do szóstej – byłem mężczyzną, a teraz jestem kobietą”. Śmiejąc się, dodał: „Ja bym to badał”.

Mowa nienawiści to nie rzekome dowcipy siwiejących polityków — to realne konsekwencje dla konkretnych grup społecznych, zawodowych, narodowych i jednostek.

Znowu się boimy

Magdalena, mama 18-letniego, transpłciowego Kamila: – Dziękuję Bogu, że mam tak silnego, odpornego syna. Współczuję mamom, które co chwilę pytają o dobry szpital psychiatryczny, bo ich dziecko jest po kolejnej próbie samobójczej.

Kiedy usłyszała, co Jarosław Kaczyński powiedział o osobach transpłciowych, w pierwszej chwili pomyślała: pojechać do Warszawy i zrobić mu awanturę. Chwilę później: to nie ma sensu, i tak nic nie zrozumie. – Najgorsze jest to, że politycy nie mają świadomości, że to co mówią, wpływa na decyzje i postawy zwykłych ludzi – mówi Magdalena. – Jedna z mam w mojej okolicy przez kilka lat walczyła z mężem o to, żeby zwracał się do ich syna męskim imieniem. To ważne, bo w dziecku buduje to pewność, że jest akceptowane przez oboje rodziców. Ale kiedy Kaczyński powiedział to, co powiedział, ten mąż znowu zaczął nazywać swoje dziecko żeńskim imieniem. 

Historie warte uwagi.
Zapisz się na nasz Newsletter
żeby żadnej nie przegapić

Kiedy politycy nakręcają nagonkę na osoby LGBT, jej efekty pojawiają się szybko. Magdalena: – Wystarczy otworzyć pierwszy artykuł o osobie transpłciowej. W tekście przeczytamy o tym, że warto o tym mówić, poszerzać świadomość itd. A potem przeczytamy komentarze: „Jak ja bym miał takie dziecko, to utopiłbym jak szczeniaka w rzece”. 

Magdzie łamie się głos:  – Kiedy przypomnę sobie, co o takich dzieciach jak mój syn piszą ludzie w internecie, jak je nazywają. To bardzo boli. My, dorośli, jakoś sobie poradzimy. Gorzej z dziećmi, które to słyszą i nie potrafią tego zrozumieć. Dlatego zdarzają się okaleczenia, próby samobójcze. Przez to, co słyszą o sobie, dzieci transpłciowe stają się z czasem aspołeczne. Unikają kontaktu z rówieśnikami. Często zaczynają indywidualne nauczanie, żeby dziecko nie przebywało w otoczeniu, które go nie akceptuje. Do tego oczywiście depresja, lęki. 

Kiedy państwo staje się wrogiem, a oficjalnym językiem staje się język nienawiści, to rodzina musi stworzyć dla dziecka „ochronny kokon”. Zbudować w nim pewność siebie, asertywność, poczucie własnej wartości. Magdalena: – Od kiedy się dowiedziałam, dawałam synowi do zrozumienia, że jestem po jego stronie bez względu na wszystko. Cokolwiek usłyszy o sobie w szkole, na ulicy albo przeczyta w internecie – musi wiedzieć, że prawda o nim jest inna. Nawet jeśli powie, że białe jest czarne – przyznam mu rację. 

Kiedy Kamil dostał się do technikum, Magdalena umówiła się na rozmowę z dyrektorką. Ta zapewniła ją, że wszystko będzie dobrze, bo już kilka razy było tak, że do technikum „przyszła Marysia, a wyszedł Józio”. Ale jedna z nauczycielek nie potrafiła Kamila zaakceptować. – Za każdym razem zwracała się do Kamila żeńskim imieniem. Przy całej klasie. Kamil nie chciał chodzić na te zajęcia, przeżywał to. Skończyło się tym, że musiałam napisać podanie o to, żeby pani nauczycielka zwracała się do mojego dziecka po nazwisku. 

Innym razem w autobusie kontroler poprosił Kamila o dokument tożsamości. Kamil pokazał legitymację szkolną, z poprzednim imieniem i zdjęciem sprzed terapii hormonalnej. Kontroler uznał, że to fałszywka. Gdy chłopak pokazał zaświadczenie o transpłciowości, kontroler popatrzył, pomilczał i powtórzył, że legitymacja jest fałszywa. Zrobiło się zamieszanie, ktoś wstawił się za Kamilem. Sytuacji przyglądał się tłum ludzi w zatłoczonym autobusie. – Przecież ktoś mógł wysiąść za Kamilem z tego autobusu i go pobić – mówi Magdalena. 

Niedawno Kamil chciał urzędowo zmienić imię – na takie, które np. w języku francuskim nie kojarzy się ani z płcią męską, ani żeńską. Magdalena zadzwoniła w tej sprawie do lokalnego urzędu stanu cywilnego. Urzędniczka odmówiła. Argumentowała, że takiego imienia nie można wpisać do dokumentów. – Pojechałam pięćdziesiąt kilometrów dalej, do innej miejscowości, bo urząd stanu cywilnego może być dowolny. Zmieniliśmy imię od ręki – mówi Magdalena.

Magdalena: – Co bym powiedziała prezesowi, gdybym mogła się z nim spotkać? Że powinien pożyć miesiąc naszym życiem. Poznać nas. Zobaczyć, że jesteśmy normalną rodziną. I przekonać się, co na swój temat może usłyszeć i przeczytać mój syn.  

Bezbronni mają gorzej

Zaczyna się od niewinnego pomysłu: żeby raz w tygodniu dzieci w warszawskich szkołach jadły w stołówkach wegetariański posiłek. Wnioskującą o to interpelację do prezydenta stolicy składa radny Marek Szolc z Nowej Lewicy i pisze o tym na Twitterze.

W komentarzach wylewa się żółć.„Jesteście chorzy. Dlaczego lewactwo tak nienawidzi dzieci?”,„Testuj na sobie. Nasze dzieci zostaw nam rodzicom. Sam nim nie jesteś”,„Jeszcze mi gamoniu będziesz mówił, co mam jeść i kiedy. Żeby się nie zdziwił”, „Spadaj, ćwoku”.

W pewnym sensie do takich komentarzy jestem już przyzwyczajony – mówi Szolc, radny z Pragi-Południa, prawnik i ekspert od ochrony środowiska. – Jestem też przekonany, że za większością z nich nie stoją zwykli, prywatni użytkownicy Twittera czy Facebooka, ale wynajęci trolle albo armia botów, których zadaniem jest zatruwać życie ludziom takim jak ja. Nie jestem w stanie tego zmierzyć, ale widzę, że w większości to zorganizowane akcje. 

 „Najazdy” nienawistnych trolli na profile Szolca w mediach społecznościowych zdarzają się prawie zawsze, kiedy Szolc wypowiada się o prawach osób LGBT. Ostatnio przy okazji warszawskiej Parady Równości (połączonej z Kyiv Pride). W biogramie na stronie urzędu miasta napisał, że sam jest członkiem społeczności LGBT. Każdy hejter, który wrzuci jego nazwisko do wyszukiwarki Google, w kilka sekund znajduje życiorys i wraca na Twittera, by tak jak jeden z nich na profilu Szolca napisać: „Odwal się od naszych dzieci, zboku”.

 – Czytanie takich epitetów nie jest przyjemne. Tak jak nie jest przyjemne, kiedy słyszę je na ulicy, co też dość często się zdarza. Ludzie mają dziś dużą łatwość, żeby podejść i obrzucić kogoś wyzwiskami. Do dzisiaj – całe szczęście – nigdy nie zostałem zaatakowany fizycznie – mówi radny.

Konta, które zostawiają najbardziej bezczelne i wulgarne komentarze, blokuje. Ale nie jest w stanie zablokować dostępu wszystkim. – Z pewnością ma to wpływ na moją pracę. Dla mnie jako prawnika ważna jest reputacja. Nie jest dobrze, jeśli obok mojego nazwiska potencjalni klienci znajdują stek wyzwisk, gróźb i kalumni – przyznaje Szolc.  

Mówi, że jako prawnik, radny, mieszkaniec dużego miasta otoczony życzliwymi ludźmi jest na „uprzywilejowanej pozycji”. Dużo lepszej niż ukrywający swoją orientację przed znajomymi i rodziną licealista z drugiego końca Polski. 

– Najbardziej niepokoi mnie to, że pełne agresji komentarze na moich profilach czytają setki anonimowych osób z całej Polski, które również należą do społeczności LGBT, ale nie mają narzędzi i środków, by tę agresję odeprzeć. Więc z nią zostają – mówi Szolc. – Bardzo się martwię, że ktoś tam, w mniejszym mieście, czytając brednie moich hejterów naprawdę pomyśli: „Jestem gorszy”, „jestem chory”, „powinienem się leczyć”. To jest prawdziwy problem. 

Nasza zwyczajna nienawiść

Sasza Iwaniuk pracuje na wydziale Artes Liberales Uniwersytetu Warszawskiego. Jest też pisarką i dziennikarką, autorką wielu artykułów naukowych i publicystycznych m.in. dla „Polityki”. Napisała powieść „Amor[t]e”, nominowaną do nagrody „Najlepsza książka roku BBC” oraz nagrody Miasta Literatury UNESCO.

– Wczoraj byłam w urzędzie, wyrabiałam dowód – mówi. – Obok siedziały dwie panie, które nie wiedziały, że jestem Ukrainką. Opowiadały, jak „dużo jest tych Ukraińców”, że „wszystko można zrozumieć, ale to już przesada”. W takich sytuacjach ma się poczucie, że nie jest się u siebie i nigdy nie będzie. 

W Polsce nieufność ludzi budzi jej akcent. – Nawet jak w sklepie mówisz bardzo wyraźnie i bardzo powoli, żeby wszyscy cię zrozumieli, to i tak sprzedawczyni uważa za swój obowiązek, żeby cię poprawić – mówi. – Kiedyś poprosiłam „czwartkę chleba”. I chociaż pani wiedziała, o co mi chodziło, musiała powiedzieć głośno i wyraźnie: ĆWIARTKĘ.

Innym razem spacerowała z koleżanką po Krakowie. W pewnym momencie zauważyły, że mężczyzna z jadącego obok chodnika samochodu dziwnie się zachowuje. Kiedy one przyspieszały – on też przyspieszał. Kiedy przechodziły przez jezdnię – zajeżdżał drogę. Koleżanka Saszy zapukała w okno samochodu i poprosiła, żeby dał im spokój. 

Wtedy facet wyskoczył i zaczął wrzeszczeć: „Spierdalajcie na Ukrainę!”. – Powiedział też, że „zadzwoni na policję”. Tylko dlatego, że jesteśmy Ukrainkami. Chyba miało to nas przestraszyć, że nas deportują – wspomina Sasza.

Sasza robiła doktorat na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Któregoś dnia potrzebowała projektor do prezentacji na zajęciach. Jej wykładowca – bardzo znany profesor – z wyższością w głosie „tłumaczył” jej mechanizm, którego – jak sądził – studentka z Ukrainy nie mogła znać: „Pani Olu, u nas na Zachodzie projektorów do prezentacji już się nie używa”. – Wtedy tego nie zauważałam, tego poczucia wyższości nad nami, Ukrainkami i Ukraińcami. Może byłam naiwna – mówi Sasza. 

W internecie nie wdaje się w słowne sprzeczki. Jeśli zdarza się hejt – blokuje tych, którzy go rozsiewają. – Widzę, że nie stoją za nim realne osoby. Ta mowa nienawiści jest wyraźnie sztucznie generowana – uważa. 

Według niej schemat jest taki: Ukrainiec przyjeżdża do Polski z pozytywnym nastawieniem. Nie wie o „podwodnych kamieniach” – jak Sasza nazywa drzemiące w polskim społeczeństwie demony. Z czasem zauważa, że kiedy mówi na ulicy po ukraińsku, przyciąga podejrzliwe spojrzenia. Najpierw więc ścisza głos. Zaczyna się wstydzić akcentu, mówić „jak najbardziej po polsku”. W miejscach publicznych nie odbiera telefonów z Ukrainy. Woli milczeć: nigdy nie wie, czy ktoś od wrogiego spojrzenia nie przejdzie do czynu. 

Ludzie jak produkt

Olena Babakova to dziennikarka i wykładowczyni uczelni Vistula mieszkająca w Polsce od 13 lat.Pracuję w zawodach, powiedzmy, społecznie eksponowanych – mówi. – To naturalne, że spotykam się z większą liczbą różnych reakcji. Pozytywnych i negatywnych. 

Według niej szczyt agresji werbalnej wobec Ukraińców przypadł na lata 2015-2017. Czyli kryzys migracyjny  i czas, w którym Polska dyskutowała o rzezi wołyńskiej. – W moim przypadku chodzi nie tyle o klasyczny hate speech, ile o konstrukcje typu „jakim prawem Ukrainka ocenia politykę polskiego rządu” – mówi Olena. – Często spotykam się z reakcjami znajomych i nieznajomych ludzi: „lepiej by pani pisała o Ukrainie”, „nie wypada”. Albo: „jak się nie podoba to won”. Ale dla porządku – też często słyszę głosy wsparcia, że dobrze, że o tym piszę i że trafnie ujmuję rzeczywistość. To zabawne, że i krytycy, i zwolennicy bardzo rzadko traktują mnie jako „miejscową”. Ile lat bym tu nie mieszkała, zawsze jestem „tą Ukrainką”. 

Problem, z którym osobiście boryka się najczęściej, to paternalizm. – Traktowanie Ukraińców jako takich „młodszych partnerów”, którzy zasługują na pomoc i wsparcie, ale niekoniecznie mają równą podmiotowość – mówi Olena. – Trochę przypomina to dialog polsko-niemiecki, gdy niemieccy eksperci najpierw pytają Polaków o zdanie, a później z uśmiechem mówią jak do dzieci „A, no to teraz my wam powiemy, co należy o tym sądzić”. 

Przyznaje, że widać w Polsce „infantylizację Ukraińców”. A szczególnie Ukrainek. Olena: – Nawet eksperckie krytyczne komentarze o jakiś aspektach polskiego życia politycznego czy społecznego są odbierane jako niewdzięczność, złe rozeznanie. 

Jak reaguje na niechęć? – Ktoś woli się nie odzywać. Ktoś nastawia się do polskiego społeczeństwa na zasadzie „my i oni”. U mnie to przejawia się w ten sposób, że ciągle nie czuję się w Polsce jak w domu – opowiada Olena. Często wyjeżdża. I widzi, że na Zachodzie paternalistycznych komentarzy jest mniej, a hejt nie jest uznawany za „słowiańską szczerość”. No i pierwsza lepsza spotkana osoba na ulicy nie komentuje jej akcentu.

Syndrom ofiary

Debil, frajer, gnój, idiota, pizda, szmata, ciota, kurwa, brzydal – wszystkie te epitety usłyszał kiedyś pod swoim adresem Emil Bekier, fizjoterapeuta i trener personalny. Prywatnie mąż i ojciec trójki dzieci, który mowy nienawiści doświadcza od lat, głównie ze względu na swój wygląd.  

Postanowił o tym napisać. Wziął czarny flamaster, zdjął koszulkę, wypisał wyzwiska na torsie, rękach i twarzy. Zdjęcie wrzucił na Facebooka. 

Źródło: https://www.facebook.com/EmBeFiT/

Byłem prześladowany, gnębiony, wytykany palcami, wyzywany, zastraszany (…) Momentami było tak, że nie było tygodnia bez gróźb. Czy groźby kiedykolwiek się spełniły? Nie. Ale czy wtedy myślałem, że mogą być żartem? Nie. Bałem się panicznie”.

Nie napisał posta, żeby się żalić. Ale żeby pokazać, że nie jest już ofiarą. – Zamknąłem przeszłość za sobą, przepracowałem to, jestem innym człowiekiem – mówi. Post był też po to, żeby powiedzieć, że mowa nienawiści może dotknąć każdego. Bez względu na to, jak żyje, kim jest, czym się zajmuje. 

Jego historia pokazuje, że mowa nienawiści nie musi dotyczyć rasy, wyznania, narodowości czy zawodu. Czasem jest pospolita i codzienna. 

Od kiedy pamięta, styka się z niechęcią albo nienawiścią. – W dzieciństwie przeprowadziliśmy się z miasta na wieś. Tam okazało się, że dla miejscowych byłem „idiotą z miasta”. Kiedy potem poszedłem do szkoły do większej miejscowości, stałem się „idiotą ze wsi”. 

Zawsze wyglądał „inaczej” niż wszyscy. Drobny, chudy, lekko wystraszony. – Kiedyś w pracy przyszedł do mnie klient i zapytał, czy golę cipkę – opowiada. – Ten człowiek był zainspirowany moim kolegą z pracy, to on go do tego namówił. Stałem na kasie, obok byli ludzie, wszystko słyszeli. Nie zareagowałem, skuliłem się w sobie.  

Efekty przyszły szybko. Zaburzenia lękowe i nerwicowe. Chorobliwie niska samoocena, całkowita zależność od opinii innych. Z tego wszystkiego Emil leczy się do dziś: na terapii i w gabinecie psychiatry.  

– Bycie ofiarą bardzo wchodzi w krew. W pewnym momencie tak bardzo tym nasiąkasz, że wydaje ci się to normalne – mówi Emil. – Kiedy napisałeś z prośbą o wywiad, trząsłem się ze stresu przez tydzień. Jak wypadnę? Czy będę mógł coś ciekawego powiedzieć? Zacząłem nawet myśleć: czy ja na pewno WYSTARCZAJĄCO się wycierpiałem, żeby opowiadać o tym w wywiadzie?

Doświadczanie hejtu może mieć też inne konsekwencje. – Kiedy spotykałem słabszych od siebie, sam wchodziłem w rolę hejtera. Żeby sobie udowodnić, że jednak jestem fajny.  

Emil ma troje dzieci, córkę w przedszkolu. – Kiedyś wróciła do domu smutna – mówi. – „Kolega powiedział, że jestem brzydka”, powiedziała. Postawiłem ją przed lustrem i zapytałem, czy uważa, że jest ładna. Odpowiedziała, że tak. Wtedy powiedziałem: „Jesteś nosorożcem. Czy coś się zmieniło w lustrze?”. „Nie”. „A teraz jesteś żyrafą. Coś się zmieniło?”. „No, nie”. „Więc pamiętaj: jeśli ktoś powie, że jesteś brzydka, to nie znaczy, że taka jesteś”.

Pandemia hejtu 

– Przeżywaliśmy piekło w szpitalu, pracując na oddziałach covidowych. Nie spodziewaliśmy się, że piekło będzie na nas czekało również poza szpitalem – mówi dr Tomasz Karauda, lekarz z Łodzi. – Piekło ze strony ludzie zupełnie zdrowych, którzy „nie wierzyli” w koronawirusa albo w konieczność szczepień. 

Karauda to specjalista chorób wewnętrznych Kliniki Pulmonologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Łodzi. W ostatnich dwóch latach nie tylko leczył chorych na COVID-19. Często występował też w mediach, udzielał wywiadów, tłumaczył, jak ważne są środki ostrożności i szczepienia. 

Miesiącami jego profile w mediach społecznościowych, skrzynki mailowe i prywatne wiadomości zalewała mowa nienawiści i agresywny, prymitywny hejt. Lekarz porównywany był do Jozefa Mengele i nazisty, który kiedyś zostanie „rozliczony jak w Norymberdze”. Przypomnijmy: „Norymberga 2.0” to naczelne hasło antyszczepionkowców i covidowych denialistów, skupionych głównie wokół polityków Konfederacji z Grzegorzem Braunem na czele. 

Zaczął też dostawać groźby. Śmiercią grożono jemu i jego rodzinie. W wiadomościach wymieniano prywatny adres. Ludzie, którzy grozili mu „spaleniem żywcem” dokładnie wiedzieli, gdzie pracuje, jak i kiedy się porusza. Okręgowa Izba Lekarska złożyła w tej sprawie wniosek do prokuratury. Ta zebrała ponad sto stron materiału dowodowego. 

Na wniosek prokuratury lekarz został objęty ochroną policji. Dzień i noc w gotowości była grupa interwencyjna – wystarczyłby jeden jego telefon. Wszędzie, gdzie się pojawiał, towarzyszyła mu ochrona. – Zaproponowano mi tymczasowe wywiezienie w odosobnione miejsce, żeby przeczekać tę burzę. Ale na to się nie zdecydowałem – mówi Tomasz Karauda. – Czasami ktoś rozpoznał mnie na ulicy, rzucał inwektywy. Były też głuche telefony do moich rodziców. Na szczęście nikt nie zaatakował mnie fizycznie. 

W trakcie pandemii lekarze, ale też ratownicy medyczni, biolodzy, wirusolodzy znani z nazwiska i twarzy byli wyzywani, poniżani i regularnie dostawali groźby. Tak jak psychoterapeutka Anna Wardęga, która zainicjowała kampanię „Wylecz nienawiść” i założyła poświęconą jej stronę na Facebooku. Na niej dokumentowane były najbardziej drastyczne przypadki. „Konowały”, „nienażarte hieny”, „skurwiele”, „covidioci”, „covidowi dewianci”, „zachłanne szuje” – to tylko niektóre z epitetów. 

Tomasz Karauda: – Nie straciłem poczucia sensu swojej pracy. Miałem poczucie, że odpowiadam nie tylko za pacjentów na oddziale, ale też za tych, którzy słuchają mnie w telewizji. Pomagały mi rozmowy z rodziną, ale przede wszystkim wiara. Ale tak, czułem się tym wszystkim przygnieciony, sfrustrowany. Zdarzały się momenty zwątpienia. Najbardziej bolesne były nie prostackie epitety, ale zarzuty, że „jestem przez kogoś finansowany”, że ktoś mi dodatkowo płaci za to, co mówię. Kompletny nonsens. Ostatnie lata to było jak wejście w jakiś mroczny tunel, jakby do ciebie strzelali ze wszystkich stron. Dopiero ostatnio powoli z tego tunelu wychodzę. 

Na agresję słowną najczęściej nie reagował. Tylko kilka razy zdarzyło mu się odpisać. – I najczęściej ponosiłem porażkę – mówi. – Jest coś symptomatycznego w ludziach, którzy obrażają innych: że oni na tym opierają poczucie swojej godności. Próba wyprowadzenia ich z błędu oznacza dla nich odarcie z godności, którą oni na tym zbudowali. Czemuś się poświęcili, w internecie stali się wręcz „autorytetami” od teorii spiskowych i kiedy nagle zabiera im się coś, czym żyli, reagują jeszcze większą agresją. 

Przekonał się, że najczęściej źródło agresji było gdzieś głębiej, pod powierzchnią. – Ktoś stracił mamę, został źle potraktowany w szpitalu, może ktoś z personelu niemiło się do niego odezwał itd. – wylicza Karauda. – Ich frustracja narodziła się kiedy indziej, a wybuchła, kiedy pojawiła się pandemia. 

Czego nauczyły go ostatnie lata? – Żeby mimo wszystko zabierać głos i mówić prawdę. Chociaż cię atakują i grożą ci śmiercią. Bo jeśli dobrzy ludzie będą milczeć, to wystarczy, żeby zło przejęło kontrolę. Dożyliśmy dziwnych czasów, w których mądrzy milczą, żeby nie obrazić głupich. 

Zaskoczyło go jedno: mową nienawiści zalewali go też ludzie wykształceni. Wśród nich – koledzy lekarze. 

Szara strefa nienawiści 

Stowarzyszenie Otwarta Rzeczpospolita prowadzi stronę www.zglosnienawisc.otwarta.org, na której można anonimowo poinformować o przypadkach mowy nienawiści. Stowarzyszenie po weryfikacji przekazuje takie sprawy do prokuratury.

W 2020 r. było ich 87. Połowa z nich została umorzona lub odmówiono wszczęcia postępowania, 11 postępowań nadal się toczy, w kilku sprawach nie ma jeszcze decyzji. W 2021 r. stowarzyszenie puściło w obieg 85 spraw, 27 zostało umorzonych lub odmówiono wszczęcia, pozostałe się toczą. Do sądu przesłano cztery akty oskarżenia, które były skutkiem zawiadomień Otwartej Rzeczpospolitej. 

Z danych MSWiA wynika, że liczba przestępstw z nienawiści w Polsce spada. W ubiegłym roku wszczęto o 190 mniej postępowań w tego typu sprawach niż w roku poprzednim. 

Nie wiadomo jednak, ile spraw uznano za „niewypełniające znamion przestępstwa”. Biuro Rzecznika Praw Obywatelskich we współpracy z Biurem Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie już w 2018 r. wykazało, że dużym problemem w Polsce jest tzw. underreporting, czyli niska zgłaszalność przestępstw dotyczących nienawiści. Tylko 5 proc. tego typu przestępstw zgłaszanych jest na policję. Dlaczego? Bo, jak przyznawały ofiary, „sprawa była błaha”, nie ma „pewności, czy coś to da”, być może sprawę „uda się załatwić samemu”, nie ma dowodów itd. Istnieje też duża obawa zastraszania lub zemsty ze strony sprawców. Mamy więc do czynienia z „szarą strefą” przestępstw z nienawiści. Zdarzają się codziennie i bardzo często – ale często nikt ich nie zgłasza. 

Jak przeciwdziałać mowie nienawiści, jeśli system nie podsuwa dobrych rozwiązań? – Potężną bronią jest edukacja. To ona może zmieniać świat. Edukacja antydyskryminacyjna, równościowa jest obowiązkiem państwa – podkreśla Damian Wutke z Otwartej Rzeczpospolitej. – Niestety, u nas żaden z rządów nie uważał za konieczne wprowadzenie jej do szkół. Tę robotę robią organizacje pozarządowe. To wyręczanie państwa. Nie jesteśmy w stanie przeszkolić wszystkich dzieci i ich nauczycieli. To sprawa systemowa i w taki sposób powinna zostać załatwiona. 

Ale organizacje pozarządowe nie są w edukacji mile widziane przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. „Najchętniej doprowadziłbym do sytuacji, by do szkoły nie miała wstępu żadna organizacja pozarządowa” – mówił w wywiadzie dla „Dziennika Gazeta Prawnej” minister Przemysław Czarnek. Jego zdaniem na zajęciach pozalekcyjnych ma miejsce „deprawowanie dzieci bez zgody rodziców, mówienie o seksualności w sposób, których część rodzin po prostu nie akceptuje”.

Raport jest częścią projektu „Od dezinformacji do nienawiści” realizowanego w ramach funduszu Aktywni Obywatele.

Mariusz Sepioło

Dziennikarz FRONTSTORY.PL. Publikował reportaże i wywiady m.in. w „Tygodniku Powszechnym” i „Polityce”. Autor kilku książek reporterskich: „Klerycy”, „Himalaistki”, „Ludzie i gady”.

CZYTAJ WIĘCEJ