Skip to content
Menu

Ile kosztuje
mięso tygrysa

Konrad Szczygieł, Julia Dauksza (Fundacja Reporterów), Pavla Holcová (investigace.cz), Daniel Antoni, Tomáš Madleňák (ICJK)
Tłumaczenie: Jerzy Wołk-Łaniewski 
Ilustracja otwarciowa: Wicha&Frycz

16 lipca 2020

W Europie Środkowej zdarza się, że zwierzęta ze szczytu listy najściślej chronionych gatunków zmieniają właścicieli. Nielegalny handel dzikimi zwierzętami stał się jedną z najbardziej dochodowych form zarobku w ramach przestępczości zorganizowanej. Gdzie przebiega czerwona linia odgradzająca świat miłośników wielkich kotów od osób zamieszanych w działalność przestępczą? Co się dzieje z martwymi tygrysami, które umierają młodo w podejrzanych okolicznościach w legalnych hodowlach?

Niekiedy dosłownie rozpływają się w powietrzu.

Każdy kilogram ciała martwego tygrysa może wygenerować małą fortunę. Dorosły tygrys składa się z nawet dwustu kilogramów mięśni, krwi, kości i tłuszczu.

Prywatne hodowle funkcjonują na szeroką skalę w Czechach i Słowacji, a zaczynają pojawiać się również i w Polsce. Lecz wielkie koty przynoszą zyski nie tylko wówczas, gdy przyciągają uwagę widowni w cyrkach i odwiedzających w prywatnych zoo. Przedmioty wytwarzane z części ciała tygrysów osiągają oszałamiające ceny jako trofea bądź też cenne składniki wykorzystywane w tradycyjnej medycynie chińskiej.

Od ponad dwóch lat we współpracy z organizacją dbającą o prawa zwierząt Four Paws analizujemy i śledzimy nielegalny handel tygrysami. Oto artykuł skupiający się na roli Europy Środkowej w nielegalnym obrocie dzikimi zwierzętami na świecie. 

Wedle wierzeń tradycyjnych tygrysie kości stanowią „doskonałe lekarstwo na stawy, lecz również wyśmienity środek na ugryzienia szczurów i lenistwo, a na dodatek odpędzają złe demony”. Maści, amulety i balsamy zawierające sproszkowane kości i sadło tygrysa wykazują rzekomo właściwości medyczne i sprzedawane są za tysiące euro, aczkolwiek natrafisz na nie wyłącznie na czarnym rynku. Tygrysiej maści nie da się kupić legalnie, a sprzedaż części ciała zwierzęcia na składniki jest surowo zabroniona. Na czarnym rynku gram „kleju” z tygrysich kości osiąga cenę sześćdziesięciu euro. Przetworzone kości jednego osobnika mogą przynieść nawet milion euro zarobku. A już cena samej skóry tygrysa idzie w tysiące.

Ci, którym zależy na zdobyciu tak rzadkich i zakazanych towarów, wiedzą, że łatwiej i bezpieczniej będzie „zorganizować” sobie tygrysa wyhodowanego w niewoli (albo też jego kości) aniżeli zlecić kłusownikom polowanie na zwierzę w dżungli. 

Ujawniamy, jak luki prawne i nieszczelności w systemie nadzoru wykorzystywane przez prywatnych właścicieli zwierząt egzotycznych mogą służyć obchodzeniu regulacji mających na celu ochronę zagrożonych gatunków. 

1.

W październiku 2019 r. Polacy mieli okazję dowiedzieć się z wiadomości telewizyjnych, że tygrysy to nie tylko egzotyczne zwierzęta, które można napotkać przy okazji wycieczki do zoo. Na przejściu granicznym w Koroszczynie białoruscy strażnicy graniczni otworzyli tył koniowozu. Wewnątrz, w upchanych ciasno skrzyniach i klatkach, znaleźli dziesięć tygrysów, wyczerpanych trwającą 46 godzin podróżą, podczas której karmiono je jedynie surowym kurczakiem. Wychudzone zwierzęta oficjalnie stanowiły dar włoskiego cyrku dla ogrodu zoologicznego w pozostającym pod kontrolą Rosjan Dagestanie, a nadawca twierdził, że pozbierał je z rozmaitych źródeł w całej Europie. Białoruscy pogranicznicy zatrzymali transport, uniemożliwiając tygrysom dalszą podróż – kierowca ciężarówki posługiwał się niepełną dokumentacją przewozową. 

Jeden z tygrysów padł na przejściu granicznym, pozostałą dziewiątkę udało się uratować. 

Tekst jest przedrukiem artykułu ze strony VSquare, prowadzonej przez Fundację Reporterów.

Oryginalny tekst w wersji angielskiej został opublikowany na vsquare.org.

Historie warte uwagi.
Zapisz się na nasz Newsletter
żeby żadnej nie przegapić

Przez kilka tygodni Polacy omawiali i śledzili doniesienia o ciężkiej sytuacji tygrysów zabranych z ciężarówki. Czemu hodowcy, dla których zwierzęta (czy też dwie tony żywego mięsa) warte były ponad milion złotych, wyekspediowali je w liczącą 4000 kilometrów trasę? Dlaczego włoska trupa cyrkowa zdecydowała się na taką wyczerpującą podróż, jak gdyby nie obchodziło jej, czy zwierzęta dotrą do celu żywe? 

Był to też najszerzej komentowany w Polsce przypadek domniemanego nielegalnego handlu dzikimi zwierzętami. Do tej pory mało kto w kraju w ogóle słyszał o zabijaniu tygrysów czy też wywożeniu ich z Europy na rzeź. Mało kto kojarzył skrót TCM z tradycyjną medycyną chińską. 

Dziennikarzom  TVN udało się ustalić, że zoo w Dagestanie jest nieczynne i że w dokumentach przewozowych figurował adres sieci sklepów monopolowych. „Tygrysy miały zostać sprzedane na części” – ostrzegał ogród zoologiczny w Poznaniu, którzy przyjął do siebie niektóre z nich. Czy była to więc próba przemytu zwierząt przez granicę, czy też – jak twierdzą organizatory transportu – niewinny, altruistyczny gest, podarunek w postaci egzotycznych bestii? 

Władze wszczęły dochodzenie w sprawie tajemniczego transportu ponad sześć miesięcy temu. Do chwili publikacji tego materiału prokuratura nie sformułowała żadnych zarzutów. 

2. 

W lipcu 2018 r. czeska policja przeprowadziła nalot na zlokalizowaną na północnych obrzeżach Pragi hodowlę Ludvika Berouska. Berousek to czołowy hodowca wielkich kotów – tygrysy z jego ośrodka trafiają do wielu europejskich parków bądź też zostają czworonożnymi gwiazdami kina. W wiosce Bašť, gdzie znajduje się hodowla, policjanci natrafili w jednym z boksów na tygrysie zwłoki. Zwierzę zostało dopiero co zastrzelone – w szyi miało ślad po pocisku. Rana była niewielka, co oznaczało, że skóra tygrysa nadawała się na sprzedaż. Obok stał pojemnik z kośćmi zabitych zwierząt. W sąsiednim pomieszczeniu znajdowała się stara zamrażarka z odłączonym zasilaniem, wypełniona po brzegi gnijącym mięsem rozmaitych wielkich kotów – Berousek hodował również pumy, lwy i inne drapieżniki. 

Nalot na hodowlę Berouska stanowił szok nie tylko dla aktywistów broniących praw zwierząt. Nagle wśród Czechów rozpoczęły się dyskusje na temat tego, co się zdarzyło. Fakt, że Czechy mogły stanowić ośrodek nielegalnego handlu tygrysami i produkcji specyfików tradycyjnej medycyny chińskiej, wstrząsnął opinią publiczną. Wraz z Berouskiem policja zatrzymała też jego taksydermistę (który ugotował zwłoki) oraz wietnamskiego handlarza, który produkty w rodzaju wina na kościach tygrysa wystawiał na lokalnym rynku. Choć Berousek twierdził, że starał się jedynie zachować skóry z myślą o własnej prywatnej kolekcji, sąd w pierwszej instancji uznał wszystkich oskarżonych za winnych łamania postanowień CITES. 

Skrótem CITES określa się kluczowy dokument w walce przeciwko przerabianiu tygrysów na maści i proszki i przeciwko innym nadużyciom wobec zwierząt na skraju wyginięcia. Jego pełna nazwa to „Konwencja o międzynarodowym handlu dzikimi zwierzętami i roślinami gatunków zagrożonych wyginięciem”; tygrys wymieniony jest w niej jako jeden z gatunków najbardziej narażonych, a zarazem otoczonych najściślejszą ochroną. To wskutek wprowadzenia CITES (zwanej również konwencją waszyngtońską) zabronione jest polowanie, kupno i sprzedaż tygrysów (czy też jakiekolwiek inne wykorzystywanie ich dla zysków). Wszelkie wyjątki od tych postanowień podlegają, przynajmniej w teorii, ścisłej regulacji. 

3. 

Na świecie na wolności żyje niespełna 4000 tygrysów. – Konwencja CITES została stworzona po to, żeby chronić naturalnie żyjące populacje. Żeby ograniczyć polowania. Ma też zabezpieczyć przed tym, że ktoś mając osobniki pochodzące z hodowli, będzie z nimi postępował w niewłaściwy sposób  – tłumaczy kierownik działu hodowlanego warszawskiego zoo Ryszard Topola. 

Grafika: Lenka Matoušková

Tygrysy wymienione są w Dodatku I do CITES, co oznacza, że objęte są ochroną na naprawdę wysokim poziomie – a zatem ich międzynarodowy obrót jest surowo wzbroniony. Co do zasady, tygrysów nie można wystawiać na sprzedaż, kupować ani też w jakikolwiek sposób wykorzystywać dla zysku – nie wolno zarabiać na ich hodowli ani organizować komercyjnych pokazów. 

Zakaz obejmuje nie tylko dzikie tygrysy, ale również zwierzęta urodzone w niewoli oraz osobniki martwe i ich fragmenty – trofea, skóry, kości, pazury, kły i jakiejkolwiek inne wyroby sporządzone z części ciała tygrysa. Wszystkie te przepisy przyjęto, aby wyeliminować popyt na ich skórę i kości – dopóki istnieje rynek tego rodzaju produktów, dopóty tygrysy żyjące na wolności nie zaznają bezpieczeństwa. 

Tygrys w prywatnym zoo w Polsce

Jednakże tygrysy hodowane w niewoli uwzględniane są w Dodatku II i przy kompletnej dokumentacji CITES można nimi handlować. CITES i jej unijny odpowiednik, to jest regulacja wprowadzająca postanowienia konwencji w krajach członkowskich UE, umożliwiają transport i komercyjne pokazy zwierząt przy spełnieniu określonych warunków. Można też nimi handlować za okazaniem dokumentacji CITES (wewnątrz Unii) bądź też zezwoleń importowych i eksportowych (w przypadku transakcji z kontrahentami spoza Unii). 

Jest to możliwe tylko wówczas, jeśli zwierzę otrzymało specjalny unijny certyfikat, który potwierdza jego legalne pochodzenie i wyłącza je spod zakazu obrotu handlowego. Takie certyfikaty można uzyskać pod warunkiem udowodnienia, że zwierzę pozyskano bądź wyhodowano w sposób całkowicie legalny, z poszanowaniem wszelkich stosownych praw dotyczących ochrony zwierząt i przyrody. 

Dla handlarzy zwierzętami certyfikat pozwalający na użytek komercyjny znaczy to samo, co dowód rejestracyjny dla dilerów motoryzacyjnych – z tym, że za sprzedaż samochodów bez ważnego dowodu rejestracyjnego nie grozi do pięciu lat pozbawienia wolności. 

4. 

Policja skarbowa w Czechach już w 2013 r. zaczęła podejrzewać, że wokół sprawy zagrożonych gatunków dzieje się coś dziwnego, oto bowiem w bagażach lotniczych pasażerów podróżujących z Czech do Wietnamu funkcjonariusze zaczęli przechwytywać tygrysie kości i inne wyroby z zagrożonych wyginięciem zwierząt. Celnicy starali się zatem ustalić, skąd w nielegalnym wywozie z Czech produktów z tygrysa nastąpił taki wyraźny wzrost. 

Trop podsunęła inspekcja środowiskowa, sugerując, że mogą za tym stać prywatne, legalnie funkcjonujące hodowle. Coraz częściej zdarzały się przypadki śmierci tygrysów w podejrzanych okolicznościach bądź też ich znikania. Inspektorów zaintrygowała wysoka śmiertelność wśród osobników pięcioletnich, podczas gdy zazwyczaj zwierzęta te dożywają mniej więcej dwudziestu lat.

 

W bagażach pasażerów podróżujących z Czech do Wietnamu celnicy zaczęli przechwytywać tygrysie kości i inne wyroby z zagrożonych wyginięciem zwierząt

Raport CITES z 2019 r. wyraźnie stwierdza, że zwiększona liczba zgonów zwierząt w Czechach może wynikać z faktu, że „niektórzy hodowcy mogą być zamieszani w nielegalny handel wyrobami z tygrysa najprawdopodobniej organizowany przez osoby wywodzące się z zamieszkałej na terenie Czech społeczności wietnamskiej”. 

Rozpoczęta w 2016 r. operacja policyjna zakończyła się nalotem, rekwizycją i wyrokiem sądu pierwszej instancji, który uznał winę czeskiego hodowcy Berouska i jego współpracowników. Odwołali się od tej decyzji, a ich apelacja czeka na rozstrzygnięcie. 

Dziennikarze Fundacji Reporterów/VSquare we współpracy z konsorcjum dziennikarskim Organized Crime and Corruption Reporting Project (OCCRP), Investigace.cz, ICJK.sk oraz organizacją Four Paws przeanalizowali i wyśledzili handel tygrysem. Choć obowiązujące prawodawstwo narzuca sporo zastrzeżeń, to nie do końca wiąże handlarzom ręce – pozyskany przez nas materiał dowodzi, że zawsze znajdą się sposoby na obejście prawa.  

5. 

Szacuje się, że liczba tygrysów na terenie Czech wynosi około 390 sztuk, z czego tylko 10 procent stanowią zwierzęta trzymane w ogrodach zoologicznych. Pozostałe osobniki należą do prywatnych zoo, „parków dzikiej przyrody” oraz prywatnych osób, które z możliwości ich karmienia, głaskania czy fotografowania się z tygrysami uczyniły źródło zarobku. Podobnie sytuacja wygląda na Słowacji, gdzie hodowla tygrysów z oznaki prestiżu wśród bossów przestępczego półświatka w latach dziewięćdziesiątych przeistoczyła się w hobby. 

„Hodowla wielkich kotów jest w naszym kraju niewiarygodnie popularna, a bardzo często odbywa się w absolutnie nieadekwatnych warunkach tudzież prowadzona jest wyłącznie z myślą o zysku” – w komentarzu do sprawy Berouska oceniał w 2018 r. dyrektor ogrodu zoologicznego w Pradze Miroslav Bobek. „Nie znaczy to, rzecz jasna, że każdy tygrys czy też lew, z którym fotografujecie się w jakimś prywatnym ogrodzie, kończy w rzeźni albo w zupie. [Lecz] jest też faktem, że zabieranie tygrysiątka albo lwiątka od matki, aby ktoś mógł je pogłaskać, jest zachowaniem co najmniej graniczącym z maltretowaniem i prowadzi u takiego kocięcia do problemów natury mentalnej. To wątpliwej renomy hodowle i «mini zoo» stanowią podstawę góry lodowej, której czubek reprezentują Ludvík Berousek i jego koledzy”. 

W czerwcu 2020 r. lokalna gwiazda Instagrama ze Słowacji Zuzana Plačková (znana również jako Queen Plačková) wrzuciła na swój profil serię zdjęć. Na fotografiach widać, jak karmi i wyprowadza na spacer tygrysiątka. Queen Plačková nie tylko chwaliła się czasem spędzonym z małymi pieszczochami, ale przy okazji promowała też słowacką hodowlę i prywatne zoo „Ranč pri Žiline”.

Zdjęcia tygrysów w niewoli wywołały oburzenie opinii publicznej. Rozgorzała dyskusja, a Plačková, krytykowana przez obrońców praw zwierząt, usunęła część fotografii. Odwiedzający „Ranč pri Žiline” uskarżali się, że młode tygrysy prowadzane są na oczach tłumów turystów. Kiedy zaś usiłowały bronić się łapami czy zębami, batem zmuszano je do posłuszeństwa. 

W 2019 r. pojawiła się informacja, że w hodowli doszło do strasznego wypadku. Kiedy kobieta przełożyła dłoń przez kraty klatki, aby pogłaskać tygrysa, ten odgryzł jej rękę. Pozew cywilny w tej sprawie nie został jeszcze rozstrzygnięty. 

„Raczej nikomu w tym kraju nie przyszłoby do głowy leczyć hemoroidów tygrysim sadłem. Lecz już wyprawa do zwierzyńca, głaskanie małych lwiątek i wrzucenie paru fotek na Facebooka to coś nagminnego” – napisał wkrótce po zdarzeniu Bobek. „Niestety, większość fotografujących się z lwami czy tygrysami nie zdaje sobie sprawy, że wcale tym działaniem nie pomagają zwierzętom. Wręcz przeciwnie! Co więcej, właściciele rozmaitych zwierzyńców utrwalają to wrażenie poprzez fałszywe deklaracje o tym, jak to rzekomo ratują lwy i tygrysy. Jest to absolutna nieprawda”. 

Niektóre prywatne hodowle tygrysów, jak choćby ta położona w pobliżu miejscowości Turá, nie wpuszczają odwiedzających. Wedle słowackiego tygodnika „Plus 7 dní”, ta akurat hodowla, należąca do żony miejscowego burmistrza i posiadająca około setki wielkich kotów, w tym 23 tygrysy i 11 lwów, stała się obiektem zainteresowania lokalnych władz. Policja wszczęła dochodzenie w związku z prawdopodobieństwem łamania tam przepisów o ochronie roślin i zwierząt – działania podjęto w oparciu o informacje, że właścicielka prowadzi handel wielkimi kotami mimo braku uprawnień hodowlanych. Kobieta przedstawiła jednakże wymagane dokumenty, toteż policja była zmuszona zamknąć dochodzenie. 

Zamknięte hodowle, które nie zarabiają na wizytach turystów, w całości finansują swoją działalność poprzez handel: „Zgadza się, prowadzimy tu hodowlę” – potwierdza jeden z pracowników – „i sprzedajemy młode do ogrodów zoologicznych”. 

6. 

Mająca siedzibę w Londynie Agencja Dochodzeniowa do spraw Środowiska (EIA), która śledzi przypadki tygrysów i fragmentów ich ciał przejmowanych przez funkcjonariuszy policji i służb celnych, ocenia, że niemal 38 procent żywych, zamrożonych bądź wypchanych tygrysów przejętych przez organa ścigania na terenie Unii Europejskiej w latach 2010-2018 pochodziło z prywatnych hodowli. 

Potajemne rozmowy nagrane w Polsce jesienią 2019 r., w posiadanie których weszliśmy celem weryfikacji ustaleń, ujawniają, że część hodowców w pełni zdaje sobie sprawę z istnienia czarnego rynku martwych osobników gatunków chronionych, i że zwierzęta gatunków egzotycznych poszukiwane są „na części”. Są świadomi, że handel nimi to przestępstwo, mimo to niektórzy zgodzili się wyjawić mechanizmy umożliwiające sprzedawanie zwierząt na śmierć przy jednoczesnym zachowaniu pozorów legalności. 

– Nie wiem, o czym mogę rozmawiać, all legal or illegal? – dopytywał Tomasz N. (personalia zmienione na potrzeby publikacji), właściciel prywatnego zoo w zachodniej Polsce. Kiedy dowiedział się, że ma do czynienia z biznesmenem z Azji poszukującym rzadkich gatunków, od razu przeszedł do rozmowy o konkretach. 

– W jakim sensie, czego pan nie wie? – pyta tłumacz. 

Tak zaczyna się jedno z nagrań dokumentujących spotkania między Tomaszem N. a rzekomym właścicielem prywatnego zoo w Chinach. Rozmowa, nagrana w jednym ujęciu, trwała pięć godzin. 

– Znam różnych ludzi. Legal, nielegal, no problem – tłumaczy. 

– Czy ma pan lwy, tygrysy lub wie gdzie je dostać? – spytał przybysz z Chin. 

– Tak jak mówię, jeśli to jest wszystko na poważnie, a nie, że ktoś przychodzi i ma podsłuch, i zaraz aferę zrobi, to no problem – sonduje rozmówców właściciel zwierzyńca. 

7. 

Jesienią 2019 r. „potencjalny kupiec” z Chin odwiedził w Polsce iluś przedsiębiorców, wyrażając zainteresowanie żywymi tygrysami oraz tygrysimi kośćmi. Odbył spotkania z właścicielami w prywatnych zoo i hodowlach oraz z handlarzami zwierząt. Jego rozmówcy starali się dobić targu i nawiązać współpracę biznesową – nawet kiedy dowiadywali się, że ich goście powiązani są z działającymi w Chinach producentami specyfików tradycyjnej medycyny chińskiej. Niektórzy z handlarzy wprost deklarowali, że nie obchodzi ich, co stanie się ze zwierzętami po sfinalizowaniu transakcji. Martwili się tylko o to, by wszystko sprawiało pozory legalności. 

Tomasz N. to pasjonat zwierząt, który hoduje je, odkąd pamięta. 

– Zaczęło się z zamiłowania, z pasji. Jakbym nie lubił zwierząt to bym tego nie robił  – mówi mi podczas rozmowy kilka miesięcy po nagranych spotkaniach. – Jakbym miał robić dla pieniędzy, to bym robił co innego. Odkąd skończyłem 12 lat hodowałem ptaki. Wymieniałem się, rozmnażałem nawet te ciężkie w rozmnażaniu. Później mieliśmy coraz więcej zwierząt, ludzie chcieli je oglądać – i wtedy ojciec powiedział, żebyśmy zrobili zoo. 

Kiedy Tomasz N. był nastolatkiem, miał zaledwie kilka ptaków. Dziś ma trzydzieści lat, a w prywatnym zoo parę kilometrów od granicy z Czechami hoduje ponad sto różnych gatunków zwierząt. Jest to oficjalnie zarejestrowana placówka, której funkcjonowanie nadzoruje Główna Dyrekcja Ochrony Środowiska. 

W Polsce działa ponad dwadzieścia ogrodów zoologicznych, z których część znajduje się w prywatnych rękach. 

Niektórzy z handlarzy wprost deklarowali, że nie obchodzi ich, co stanie się ze zwierzętami po transakcji. Martwili się tylko o to, by wszystko sprawiało pozory legalności

Zoo Tomasza N. rozciąga się na bez mała dwudziestu hektarach pośród spektakularnej górskiej scenerii. Zobaczymy tam lemury, kangury, rysie, gibony, wilki arktyczne, surykatki, lamy oraz pieski preriowe. Warunki, w których trzymane są zwierzęta, różnią się od tych, do jakich przywykliśmy w przypadku publicznych ogrodów zoologicznych – w chwili przyjazdu od razu rzuca się w oczy, że placówki nie prowadzi zawodowiec. 

Ogród Tomasza N. powstał w 2012 r., aczkolwiek jeszcze w tym samym roku Rada Dyrektorów Polskich Ogrodów Zoologicznych i Akwariów sprzeciwiła się określaniu go mianem zoo. Zastrzeżenia wzbudzał fakt, że Tomasz N. prowadził sprzedaż zwierząt, a skala działalności handlowej kłóciła się z ochroną przyrody, która powinna stanowić dla ogrodów zoologicznych jedyny cel. Członków Rady zafrapowało niejasne sformułowanie zawarte w przesłanym wniosku: „zwierzęta staramy się nabywać w sposób zgodny z prawem”. Dziś Tomasz N. tłumaczy, że nim jego placówka została oficjalnie uznana za zoo, istotnie sprzedawał „nadwyżki hodowlane”, lecz musiał z tego zrezygnować, gdy jego działalność przybrała postać ogrodu zoologicznego. 

Z czasem placówka zyskała status certyfikowanego zoo. Dziś całą jego kolekcję można zobaczyć za 25 złotych. Tomasz N. utrzymuje ogród z usług transportu zwierząt oraz sprzedaży karmy. 

– Działamy na tej zasadzie, że to ma być dla społeczeństwa z korzyścią. Bo to nie jest dla nas, tylko dla każdego – tłumaczy Tomasz N.  

8. 

Pod koniec 2019 r. gdzieś w Polsce mają miejsce rozmowy biznesowe. Parę słów wprowadzenia mówi tłumacz: – Ten pan jest drugim co do wielkości handlarzem w Chinach i ma wielu klientów na tygrysy i lwy. 

– Nie ma problemu. Tygrysy, lwy, możemy zorganizować transport legalnie. My jako ZOO możemy brać na ZOO, bo mamy numer [tzw. numer BALAI, jego posiadacze mogą zgodnie z prawem wymieniać się zwierzętami – red.] jak legalne ogrody.

– Czy kiedykolwiek zajmował się pan transportem zwierząt do Chin? 

– Ja nie, znajomi. Mam znajomego spod Pragi, który wysyła do Kazachstanu, do Emiratów Arabskich, wszędzie, jak trzeba posłać – zapewnia hodowca. 

 Czy miał na myśli Berouska, hodowcę z Czech, którego skazano za zabijanie tygrysów „na części”? Jak udało nam się ustalić, w 2011 r., jeszcze jako dwudziestolatek, Tomasz N. był zamieszany w sprawę zakupu lampartów od Berouska – a lamparty są warte nawet milion złotych za osobnika. Tomasz N. nie potrafił odpowiedzieć, czy go zna. 

Tygrys w prywatnym zoo w Polsce.

Tomasz N. zaprasza gości do zagraconego pomieszczenia z kominkiem. Ściany obwieszone są trofeami myśliwskimi, zawinięte w czarną folię paczki z paszą dla zwierząt czekają na dużych stołach na wysyłkę. Obok kominka leżą poroża. 

Tomasz N. przyznaje, że nie obchodzi go, co stanie się ze zwierzętami: – Gdybym miał sponsora i więcej miejsca, mógłby rozmnażać zwierzęta. Jeśli jest tak, że mogę wysłać i jest współpraca z Chinami i wiem, że mogę wysłać zwierzęta, to ja wysyłam je żywe. A czy oni będą je brali do ZOO czy gdzie indziej, to nie jest moja sprawa. 

Zastrzega, że osobiście nie chce zabijać żadnych zwierząt ani też nigdzie wysyłać martwych tygrysów. Zdaje sobie sprawę z konsekwencji, ale proponuje inne rozwiązanie: mógłby hodować zagrożone gatunki i wybierać konkretne osobniki na handel. Materiał genetyczny mógłby wręcz pochodzić z programów ochrony zagrożonych gatunków działających w europejskich ogrodach zoologicznych. Wystarczy tylko odpowiednio ogólnikowo wyrazić to w dokumentacji. 

9. 

W Polsce żyją trzydzieści cztery tygrysy z certyfikatami wydanymi przez władze państwowe, które umożliwiają wykorzystywanie zwierząt do celów komercyjnych. Wszystkie przebywają w ogrodach zoologicznych, a ich „dowody rejestracyjne” są w posiadaniu Ministerstwa Środowiska. Lista nie zawiera jednakże zwierząt urodzonych w niewoli, chyba że ich właściciele wyrażą zamiar przekazania ich komuś innemu, przetransportowania bądź też czerpania z nich zysku. Taki tygrys nie wymaga certyfikatu dopuszczającego do użytku komercyjnego, o ile tylko jest „tygrysem prywatnym”, z którego nie ma się zamiaru czerpania zysku. Lista nie zawiera również zwierząt, które trafiły do Polski z dokumentami wystawionymi w innym kraju Unii Europejskiej. Podmioty prywatne niebędące ogrodami zoologicznymi ani niezajmujące się handlem zwierzętami muszą zgłaszać posiadanie chronionych gatunków jedynie władzom powiatowym. 

Tygrysy utrzymywane w ogrodach zoologicznych zrzeszonych w EAZA podlegają dwustopniowemu nadzorowi (EAZA to stowarzyszenie ogrodów zoologicznych prowadzące program ochrony zagrożonych gatunków, który obejmuje hodowlę na terenie zoo). Większość zwierząt, które uzyskały dokumenty w Polsce, występuje także we wspólnej bazie danych, do których ma dostęp każdy ze zrzeszonych ogrodów. Według bazy w Polsce żyje dwadzieścia sześć tygrysów. Poza tym lista ministerialna zawiera także kilka osobników zarejestrowanych w prywatnych zoo. Problem w tym, że łączna liczba tygrysów w Polsce jest jeszcze wyższa – tyle tylko, że zwierzęta urodzone w niewoli zgłaszane są na ministerialną listę dobrowolnie, a jeżeli zakupiono je już z papierami, wówczas ich dokumentację posiada jedynie właściciel. 

Zastanawia nas, dlaczego w rejestrze nie figurują zwierzęta z zoo Tomasza N., urodzone w Polsce. Próżno szukać unijnego certyfikatu, który zezwalałby na trzymanie ich jako okazów w zamknięciu, gdzie odwiedzający mogą oglądać je za biletami. Kiedy spytaliśmy o dokumenty tygrysa, Tomasz N. zapewnił, że zwierzę prezentowane jest legalnie i że musiałby wystąpić o certyfikat tylko w wypadku, gdyby chciał je wysłać za granicę. 

O faktyczną sytuację prawną spytaliśmy w Ministerstwie Finansów, ten bowiem resort nadzoruje Krajową Administrację Skarbową, która zajmuje się zwalczaniem przemytu zwierząt. Ekspert w Ministerstwie Finansów Rafał Tusiński podkreślił, że bez stosownej dokumentacji można jedynie posiadać dane zwierzę. Wszelka działalność komercyjna – w tym publiczne pokazy – pozostaje zakazana do czasu uzyskania pozwoleń. Za prezentowanie tygrysa na płatnej wystawie bez właściwych dokumentów grozi do pięciu lat więzienia. 

Do tej pory sądy w Polsce ani razu nie wydały takiego wyroku. 

10. 

Skąd zatem biorą się zwierzęta w prywatnych zoo? Usiłując ustalić pochodzenie osobnika, docieramy do prywatnej placówki hodowlanej – nim tygrys trafił do zoo Tomasza N., należał do Macieja Maciejewskiego, właściciela Ośrodka Hodowli Zwierząt OKAPI.  

Maciejewski to duży hodowca dzikich zwierząt z Poznania. W marcu 2019 r. tamtejsza prokuratura przedstawiła mu dziewiętnaście zarzutów związanych z prowadzoną działalnością, w tym o nieuprawnione wprowadzanie na rynek osobników zagrożonych gatunków. Dochodzenie wszczęto po tym, gdy byli pracownicy Maciejewskiego zaalarmowali poznańskie zoo, które z kolei złożyło do prokuratury zawiadomienie o złych warunkach bytowych zwierząt i podejrzeniu nielegalnego handlu. 

OKAPI w żadnym razie nie przypominało zoo – przez niemal siedem lat wrota ośrodka pozostawały zamknięte dla zwiedzających. Mimo że nazwa mogłaby wskazywać, że placówka zajmuje się hodowlą, miejscowe władze uważały podpoznańską farmę raczej za „cyrk” – tyle że taki, który nigdy nie urządzał przedstawień. A zatem co to właściwie było – cyrk bez widzów i występów? 

Kto w Polsce pragnie zajmować się hodowlą tygrysów, musi spełniać też szereg innych wymogów. Tygrys, oprócz tego, że jest gatunkiem narażonym na wyginięcie, stanowi zarazem śmiertelne niebezpieczeństwo dla ludzi. I o ile zwierzę pozostające pod ochroną mógłby w Polsce nabyć praktycznie każdy, o tyle tygrysy i inne niebezpieczne zwierzęta legalnie mogą kupować wyłącznie ogrody zoologiczne, placówki badawcze oraz cyrki. Jednakże właścicielom groźnych zwierząt posiadanie tygrysów, pum, lwów i ich krzyżówek od dawna uchodziło na sucho, oznajmiali bowiem po prostu, że prowadzą działalność cyrkową, co sprawdzało się w kontaktach z niedoświadczonymi w tej kwestii miejscowymi władzami i inspektorami, zazwyczaj do czasu, aż sprawa przyciągała zainteresowanie bardziej wyspecjalizowanych organów czy też sądów. 

Maciejewski idzie w zaparte i zapewnia, że jego ośrodek hodowlany istotnie był cyrkiem: – Nasze zwierzęta brały udział w reklamówkach, więc to była działalność rozrywkowa. Pokazywały je PKP Przewozy Regionalne, batalion lotnictwa taktycznego w Krzesinach, gdzie F16 latało, były też wykorzystywane przez muzyków w teledyskach. 

— Dostał pan za to pieniądze?

— Nie. 

— Bezinteresownie pan udostępnił zwierzęta?

— Od żołnierzy brać pieniądze? Jak przyjechał do mnie prezes rady nadzorczej PKP Polregio żeby podziękować, to w ramach podziękowania poprosiłem o dyplom, a nie o pieniądze.

Kadr z reklamy PKP Polregio.

Odpowiedź nie mogła być inna. Aby podejmować legalną działalność komercyjną, tygrysy urodzone w OKAPI musiałyby posiadać certyfikat – a takowego nie mają. Tyle tylko, że wersji z cyrkiem posiadającym drogocenne, niebezpieczne zwierzęta, który nie rusza z występami w trasę, a jedynie urządza okazjonalne pokazy „pro bono”, nie kupił sędzia. 

Rozmawiamy z Maciejewskim w czerwcu na korytarzu poznańskiego sądu. Tego dnia sąd podtrzymał decyzję: Okapi nie ma nic wspólnego z cyrkiem, ośrodek nie miał prawa trzymać zwierząt niebezpiecznych. W konsekwencji tego orzeczenia Skarb Państwa zajął niemal czterdzieści cennych osobników, w tym tygrysy, lamparty, pumy i makaki. Posiadanie zwierząt niebezpiecznych przez osoby nieuprawnione stanowi w Polsce zaledwie wykroczenie zagrożone grzywną do 5 tysięcy złotych. Przejęta kolekcja warta jest o wiele więcej. 

Maciejewski i Tomasz N. znają się co najmniej od 2011 r.. Wówczas ośrodek hodowlany Maciejewskiego był jeszcze w powijakach. Tomasz N. przywiózł Maciejewskiemu paszę dla zwierząt i pomógł mu w transporcie wielkich kotów z Czech i ze Słowacji. Po tym, jak w 2012 r. Tomasz N. zarejestrował własne zoo, wymieniał się z Maciejewskim zwierzętami. Dziś Maciejewski twierdzi, że był to dowód przyjaźni. Przyjaciele wymieniają się zwierzętami z własnych kolekcji. 

11. 

Duże europejskie ogrody zoologiczne, zrzeszone w ramach EAZA (European Association of Zoos and Aquariums), wymieniają się zwierzętami bezpłatnie, celem ochrony gatunków i utrzymania bioróżnorodności. 

Prywatne hodowle również pozyskują zwierzęta poprzez wymiany i darowizny – jeśli placówka zostanie zatwierdzona przez władze weterynaryjne, może uczestniczyć w wymianie w ramach społeczności. Jednakże według ekspertów rzeczywisty cel takiej wymiany może być inny i mieć charakter komercyjny. Zaś pieniądze za sprzedaż gatunków pod ochroną przekazywane są pod stołem bądź też wpłacane pod pozorem dobrowolnej darowizny. 

Według aktu oskarżenia przeciwko Maciejewskiemu „większość darowizn (o ile nie wszystkie) zwierząt o dużej wartości miała charakter fikcyjny, a w rzeczywistości były transakcją kupna/sprzedaży” – jak stwierdza fragment opinii sporządzonej przez eksperta CITES, doktora Andrzeja Kepela. 

Odnalazłszy trop w dokumentach sądowych Maciejewskiego, ruszyliśmy na poszukiwanie zwierząt, które – według śledczych – przeszły przez ośrodek Okapi. Przejęta w hodowli skąpa dokumentacja wskazuje, że przez okres niemal dziesięciu lat przez ręce właściciela przeszło co najmniej trzysta gatunków zwierząt, a wśród nich przynajmniej siedemset dwadzieścia osobników z około stu trzydziestu gatunków objętych ochrona w ramach CITES. Takie liczby robią wrażenie – większość polskich ogrodów zoologicznych nie ma w swojej kolekcji tylu zwierząt, iloma zajmował się ten człowiek. 

Podczas wystąpień przed obliczem poznańskiego sądu Tomasz N. wychwalał oskarżonego: „Maciejewski był znany z tego, że w jego ośrodku udawało się rozmnażać gatunki rzadkie i zagrożone wyginięciem. (…) Tej kolekcji mógł mu pozazdrościć niejeden ogród zoologiczny w Polsce”.  

Biegły, który zbadał ośrodek Okapi na zlecenie prokuratury, nie zdołał odtworzyć losów siedemdziesięciu pięciu procent zwierząt, jakie miały ponoć przejść przez ręce Maciejewskiego. Właściciel powiedział nam, że to dlatego, że zwierząt tych nigdy w Okapi nie było. W rozmowie z nami utrzymywał, że jedynymi gatunkami chronionymi, jakie kiedykolwiek trzymał, były te, które miał w ośrodku, z wyjątkiem kolekcji turaków oraz trzech pum, które wysłał za granicę. 

12. 

Świat hodowców zwierząt egzotycznych sprowadza się do wąskiego grona, w ramach którego niemalże wszyscy znają się nawzajem. A Berouska, hodowcę dwustu drapieżników, wszyscy znają, robili z nim interesy albo przynajmniej o nim słyszeli. Jego tygrysy i lwy grały w takich filmach jak „Quo Vadis” czy „Azyl”, on sam występował ze swoimi lwami w polskim cyrku. Kiedy w 2011 r. Maciejewski tworzył własną hodowlę, dwa lamparty w charakterze daru przekazała OKAPI firma Tomasza N. (wówczas dwudziestolatka) i jego ojca. Zwierzęta były łącznie warte nawet milion złotych, a pochodziły z czeskiej farmy hodowlanej Ludvika Berouska. Dzisiaj Tomasz N. stwierdził, że to właśnie Czech przekazał wielkie koty Maciejewskiemu dla zainicjowania potencjalnej wymiany. 

Sam Maciejewski zaprzecza, by kiedykolwiek spotkał się z Berouskiem. Nie potrafił sobie przypomnieć, kto konkretnie przekazał mu warte milion złotych lamparty. Lecz zdjęcia, jakie prokuratura znalazła na twardym dysku jego komputera, ukazywały wielkie koty trzymane w koszmarnych warunkach – białe lwy i tygrysy leżące wraz z potomstwem obok cyrkowych platform treningowych. Fotografie wykonano w dniu, kiedy lamparty oficjalnie pojawiły się w OKAPI. Tyle że ośrodek ten nie ma ani, lwów ani tygrysów, ani takich platform – właściwszych raczej bazie cyrkowej aniżeli farmie hodowlanej. Takie wyposażenie szkoleniowe ma natomiast Ludvik Berousek. 

Zdjęcia, jakie prokuratura znalazła na twardym dysku jego komputera, pokazywały wielkie koty trzymane w koszmarnych warunkach

Maciejewski rozpoczął hodowlę tygrysów – których rodziców oficjalnie sprowadził z zoo w Niemczech inny ogród zoologiczny, ale którzy ostatecznie trafili do OKAPI – w 2012 r. Po czterech latach OKAPI miało już dwadzieścia wielkich kotów, w tym troje dorosłych rodziców i szóstkę tygrysich kociąt. I wtedy system przestał działać. 

W 2016 r. Maciejewicz wystąpił o certyfikaty dla dwóch młodych lampartów urodzonych w niewoli. Nie przewidywał jakichkolwiek trudności – wszak ich rodzice mają udokumentowane legalne pochodzenie z hodowli Berouska. Jednakże urzędnicy z Ministerstwa Środowiska mieli wątpliwości co do tego, czy OKAPI to cyrk – bo jeśli nie, to niebezpieczne zwierzęta nigdy nie powinny były tam się znaleźć. Wniosek o wydanie CITES wymaga pozytywnej opinii Państwowej Rady Ochrony Przyrody (PROP). Rada również uznała, że lamparty sprowadzono do ośrodka hodowlanego i że trzymane są tam wbrew prawu. I choć Maciejewski starał się, jak mógł, by dla wyhodowanych lampartów i tygrysów uzyskać komplet dokumentów, bynajmniej ich nie otrzymał. Działalność pierwszego w Polsce ośrodka hodującego na szeroką skalę tygrysy zakłóciło drobne wykroczenie. Ostatnia próba zdobycia certyfikatów dla tygrysów miała miejsce na moment przed tym, jak policja zorganizowała nalot na placówkę i zabezpieczyła tamtejsze zwierzęta. 

Co takiego Maciejewski zrobiłby z tygrysami po otrzymaniu dokumentacji CITES? Jak twierdzi, wymieniłby je z jakimś zoo albo innym hodowcą na inne zwierzęta. Tak po prostu. 

13. 

Pod koniec 2015 r. dwa młode tygrysy z ośrodka hodowlanego Maciejewskiego, choć wciąż bez certyfikatów, zostają przekazane do zoo Tomasza N. 

„Maciejewski mówił, że oczekuje na dokumenty CITES z Ministerstwa, a w jego ośrodku nie ma miejsca. Tygrysy urodziły się w jego ośrodku. Bez dokumentu nie mógł ich wywieźć za granicę. Ja zgodziłem się na propozycję” – tłumaczył przed sądem N. 

Czy Tomasz N. prezentuje te tygrysy legalnie, czy nielegalnie? Jaki jest ich status prawny? Pytamy o to Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska (RDOŚ), która nadzoruje ogrody zoologiczne i kontroluje przestrzeganie zapisów CITES, o urzędową interpretację regulacji prawnych. Okazuje się, że Dyrekcja w rzeczywistości o działaniach ogrodów wie niewiele – inspekcje zgodnie z planem przeprowadza się co trzy lata. Ostatnia miała miejsce w 2018 r. Następna zaplanowana jest na rok 2021.

Wskazywano na jedynie drobne zastrzeżenia: na przykład poprzednie inspekcje wykazały w dokumentacji brak numerów i dat dokumentów potwierdzających, że zwierzęta pozyskano z legalnych źródeł. RDOŚ wielokrotnie przypominała właścicielowi zoo, że dokumentacja powinna zawierać kopie certyfikatów unieważniających zakaz komercyjnego wykorzystywania w przypadku wszystkich jego zwierząt objętych systemem CITES. Części dokumentów nigdy nie dostarczono, gdyż zwierzęta zdążyły już opuścić zoo. To pod wpływem naszego zapytania RDOŚ zdała sobie sprawę, że wciąż nie otrzymała raportów o wprowadzeniu w życie przedstawionych rekomendacji, i przystąpiła do weryfikacji sprawy, żądając przedstawienia wszystkich dokumentów. 

Tygrysy w prywatnym zoo w Polsce.

Do kogo więc w rzeczywistości należą tygrysy, które od Maciejewskiego zawędrowały do N., a które nie posiadają żadnych dokumentów? Zarówno podczas procesu, jak i w rozmowach, sposób przeniesienia tygrysów Tomasz N. i Maciejewski konsekwentnie określają mianem „przekazania”. Ani słowa o „kupnie”, „użyczeniu”, „darowiźnie”, „sprzedaży, a jedynie o „przekazaniu”. 

Maciejewski mówi nam, że przekazał je N. ot tak, po prostu. Tomasz N. wyjaśnił jedna, że tygrysy miały u niego pozostać w tymczasowym depozycie, z czasem zaś zostały na stałe. – Pożyczone? – Przekazane – poprawił nas Tomasz N. 

Formuła „przekazania zwierzęcia” jest w tym wypadku istotnie nader wygodna i bezpieczna. Jeżeli cokolwiek w sprawie sugerowałoby, że doszło do transakcji, obydwu groziłoby nawet do pięciu lat pozbawienia wolności. 

14. 

Gdy w czerwcu 2020 r. mieliśmy możliwość rozmowy z Tomaszem N., powiedział: – Czarny rynek? My takich rzeczy nie robimy, bo nam się to nie opłaca. A do tego to jest niezgodne z ideą ochrony natury. 

W zoo tylko jeden tygrys (z pary otrzymanej od przyjaciela) pozostał przy życiu. Tomasz N. tłumaczy, że samiec padł akurat wówczas, gdy on sam odsiadywał wyrok w więzieniu w Wielkiej Brytanii. Według brytyjskich władz w 2015 r. jego zoo posłużyło za przykrywkę do przemytu pieniędzy pod pozorem przewozu paszy dla zwierząt. Tomasz N. i jego pracownik zostali zatrzymani przez służby celne, gdy usiłowali przewieźć przez granicę niemal pół miliona funtów ukrytych w ponownie zapieczętowanych workach ze śrutem dla drobiu. Tydzień wcześniej brytyjscy celnicy zatrzymali podobny transport, przewożony przez jego byłego pracownika, a w nim milion funtów w gotówce. W obydwu przypadkach pojazdy miały przewieźć paszę z Wielkiej Brytanii do ich zoo. 

Śledczy ustalili, że przez osiem miesięcy poprzedzających aresztowanie mężczyźni nawet jedenastokrotnie udawali się na Wyspy Brytyjskie. Sąd nie dał wiary ich zapewnieniom, że wysyłanie raz za razem po paszę niewielkich vanów bardziej im się opłacało aniżeli zorganizowanie pojedynczego transportu dużą ciężarówką. Tomasz N., który twierdził, że do przemytu doszło bez jego wiedzy i zgody, po siedmiu miesiącach odsiadki w 2018 r. wyszedł na wolność. Pod jego nieobecność niespełna czteroletni tygrys padł. 

W 2019 r. miało miejsce spotkanie w interesach. Kiedy gość z Chin zapytał, czy Tomasz N. byłby też w stanie zorganizować dostawę tygrysich kości, ten wspomniał, że tygrys, który padł przed kilkoma miesiącami, nadal jest dostępny. Od tamtego czasu trzymany był w zamrażarce. 

– Tygrys będzie preparowany. Jest zamrożony w tym momencie, ale będzie preparacja — chwali się N.

– Ale że skóry?

– No tak. 

– A jak z zębami i kośćmi?

– No, kości powinny być. 

– Czyli pan je nadal ma?

– No, jakbym się zgłosił do nich, to będą. Ale to musi być cały szkielet, czy mogą być tylko kości? I czy musi być z głową?

– Głowa może zostać ze skórą.

– A to nie ma problemu, to takie coś jest, zamrożone, ale nie jest oczyszczone. Była taka koncepcja, żeby zrobić spreparowanego całego tygrysa, sam szkielet żeby stał, ale jak nikt nic z tym nie robi to raczej jest zamrożone. Potrzebuję tylko zaufanego człowieka, który mi to przewiezie, bo to nieoficjalnie jest robione. Nie lubię problemów.

Strony umawiają się na ponowny kontakt, kiedy Tomasz N. upewni się, że kości są dostępne. Niedługo po rozmowie Tomasz N. wysłał email, w którym użył ustalonego zawczasu hasła. Spytał o cenę, jaką Chińczyk był gotów zapłacić za „wapno” – uzgodniono bowiem, że kości zwierzęce nazywać będą „wapnem”. Napisał, że „wapno” zostało wyluzowane i ugotowane (co stanowi standardową praktykę przy preparowaniu kości). W tym momencie transakcję przerwano – poprzez wyrażenie woli zakupu i podanie ceny kupiec zastępczy dopuszczałby się przestępstwa. 

Spytaliśmy Tomasza N., czy kiedykolwiek trafili mu się kupcy zainteresowani tygrysimi kośćmi. – Różni się pytają, niektórzy sobie jaja robią, nie wiadomo. Ja nie jestem człowiekiem z pierwszej łapanki, wiem, że rzeczy które możemy robić to możemy, a rzeczy których nie możemy to nigdy nie zrobię, żeby za dużo nie ryzykować, i tyle – odpowiedział. Twierdzi, że padłego tygrysa się pozbył. I ostrzega, byśmy uważali, co piszemy, ma bowiem strzelbę oraz substancje do usypiania zwierząt w razie konieczności i nie chciałby ich użyć do innych celów.

Zaraz potem pytamy wprost o nagraną rozmowę. Właściciel zoo nie wykazuje zdziwienia i oznajmia, że cały czas blefował. Wyczuł, że coś tu jest nie tak. Był po prostu zaciekawiony i chciał wiedzieć, do czego jego goście zmierzają, a gdyby sprawa była serio, ma się rozumieć, zgłosiłby to na policję. Pośród rozmaitych prawnych i bezprawnych gróźb, które następnie nam przedstawił, przesłał również dokument, który stwierdza, że osoba odpowiedzialna za odbiór padłych zwierząt zabrała od niego martwego tygrysa, by zawieźć go do zakładu utylizacji. Dokument dowodzi, że zamrożony tygrys – skóra oraz spreparowany szkielet – którego proponował swoim gościom we wrześniu 2019 r., w rzeczywistości został zutylizowany pięć miesięcy wcześniej. 

15. 

Czechy, lato 2020. Pavla Říhova, czeska urzędniczka odpowiedzialna za CITES, przyznaje, że choć sprzedaż martwych tygrysów bądź też jakichkolwiek osobników gatunków chronionych przez ogrody zoologiczne czy prywatne hodowle jest nielegalna, takie przypadki wciąż się zdarzają. 

– Istnieje procedura przewidująca postępowanie ze zwłokami tygrysów. Wedle przepisów weterynaryjnych trzeba się ich pozbyć. Zajmują się tym podmioty prywatne, które przed nikim nie odpowiadają. Jeżeli zatem ktoś się zgłosi z czarnym workiem zawierającym 300 kilo zgniłego mięsa, nikt tak naprawdę nie sprawdza, czy to tygrys, czy nie tygrys. Potwierdzają, że przyniosłeś im tygrysa, i wręczają ci dokument, który to zaświadcza. W danej gminie nawet jeśli ktoś by podejrzewał, że hodowca tygrysów dopuszcza się jakichś nieprawidłowości, nikomu nie będzie się chciało jechać do zakładu utylizacji i szukać właściwego worka ze zgniłym mięsem, aby sprawdzić jego zawartość. 

Pozyskiwanie tygrysich kości z martwych zwierząt określa się jako „pośmiertne kłusownictwo”. 

„Jeżeli ktoś się zgłosi z czarnym workiem zawierającym 300 kilo zgniłego mięsa, nikt tak naprawdę nie sprawdza, czy to tygrys, czy nie”

Ministerstwo Środowiska informuje, że nie wystawiano w Polsce żadnych dokumentów CITES na tygrysie szczątki poza przypadkiem dwóch osobników, które padły w poznańskim zoo. Wówczas odbiorca, któremu poprzedni dyrektor ogrodu obiecał skóry na cele edukacyjne, musiał poczekać około roku, nim resort postanowił zaakceptować jego wniosek o wydanie certyfikatu. 

– Kiedy zwłoki mają zostać przesłane firmie zajmującej się preparowaniem zwierząt i przekazane komuś innemu, a chodzi o zwierzę objęte przepisami CITES, właściciel musi zgłosić sprawę Ministerstwu Środowiska. W innym przypadku transakcja taka będzie nielegalna – precyzuje Małgorzata Chodyła, rzeczniczka poznańskiego zoo, którą spytaliśmy o szczegóły procedury. 

Czy możliwe jest, że w sytuacji, gdy przez ostatnią dekadę w Polsce oficjalnie zarejestrowano jedynie dwie tygrysie skóry, skóry i kości zwierząt padłych w zoo i na farmach hodowlanych „nieoficjalnie” trafiają na czarny rynek? Co w myśl prawa powinno się stać z martwym tygrysem? – W przypadku każdego martwego zwierzęcia należy przeprowadzić sekcję, po czym zwłoki odsyłane są do utylizacji – informuje rzecznika poznańskiego ogrodu. – Gdy zjawiają się przedstawiciele firmy utylizacyjnej, płaci się im od każdego zabranego kilograma. 

Koszt obioru i utylizacji wynosi zazwyczaj około 10 złotych za kilogram. Oznacza to, że pozbycie się zwłok tygrysa może kosztować ponad 3 tysiące złotych. 

Z kolei kilogram tygrysich kości na czarnym rynku może osiągnąć cenę nawet 1700 euro. Za skórę tygrysa otrzymać można 25 tysięcy złotych albo i więcej. 

Podążyliśmy śladem dokumentu, który przesłał nam właściciel tygrysa. Potwierdza on przekazanie 300 kilogramów szczątków – tygrysa i antylopy – nie do samego punktu utylizacji, lecz miejscowemu odbiorcy, który powinien był dostarczyć tygrysie zwłoki do właściwego zakładu. Obydwie spółki nadzoruje Inspekcja Weterynaryjna, która powinna pilnować dokumentacji. Udało nam się ustalić, że ostatecznym odbiorcą były wielkie zakłady przemysłowe, oddalone od zoo o ponad trzysta kilometrów. 

Okazało się, że inspektorka odpowiedzialna za nadzór nad zakładami nie jest w stanie potwierdzić ani zaprzeczyć, czy firma w ogóle otrzymała i zutylizowała zwłoki tygrysa. Powiedziała, że na podstawie dokumentów przekazanych przez pośrednika nie sposób tego ocenić, ponieważ wspominają one nie o 300 kilogramach tygrysiej padliny, lecz o 2200 kilogramach „niesprecyzowanej padliny”, którą dostarczono do zakładów w trzy tygodnie po usunięciu tygrysa z ośrodka. – Jak chcecie tu znaleźć tygrysa, to życzę powodzenia – kwituje w rozmowie pracownik inspekcji weterynaryjnej, który pragnie zachować anonimowość. – To tylko słowa na kartce, a my przyjmujemy te dokumenty, jak gdyby rzeczywiście gwarantowały, że tak jest. Ale dopóki nie złapiesz kogoś za rękę, trzeba wierzyć na słowo. 

16. 

Październik 2019. Akurat w ostatnich dniach podróży chińskiego gościa do Polski dochodzi do przechywcenia transportu tygrysów, które wyruszyły z Włoch i dotarły na polsko-białoruską granicę. Polacy dowiadują się, że transport mógł się wiązać z procederem wysyłania żywych tygrysów do Azji z myślą o produkcji maści i magicznego proszku z tygrysich kości. 

Przybysz z Chin skraca wyjazd i zrywa kontakt z hodowcami. Jego nagrania trafiają do OCCRP, a proces ich weryfikacji wprowadza nas w niejasny świat hodowców egzotycznych zwierząt. 

Pod koniec czerwca 2020 r. rozmawiamy z Tomaszem N. o sprawie Berouska. – Z jednej strony to paskudna sprawa, z drugiej jednak, jakkolwiek zabrzmi to brutalnie, czym się ten tygrys różni od świni domowej? Wszyscy biją świnie, a takie świnie są czasami bardziej inteligentne niż psy. Tak więc to jest dyskusyjny temat.

Tekst jest przedrukiem artykułu ze strony VSquare, prowadzonej przez Fundację Reporterów.

Oryginalny tekst w wersji angielskiej został opublikowany na vsquare.org.

Konrad Szczygieł

Dziennikarz FRONTSTORY.PL, wcześniej w zespołach śledczych (OKO.press, Superwizjer TVN). Uczestnik międzynarodowych projektów śledczych Fundacji Reporterów.

Julia Dauksza

Dziennikarka FRONTSTORY.PL. Researcherka OSINT z doświadczeniem w międzynarodowych projektach śledczych OCCRP i VSquare. Współpracowała z organizacjami pozarządowymi (m.in. Otwarte Klatki).

CZYTAJ WIĘCEJ