Skip to content
Menu

Są hektary, nie ma kary.
„TO TAKA ZABAWA” – mówił 9-latkowi
KS. MARIAN. DLACZEGO UNIKNĄŁ PROCESU?

Daniel Flis, Sebastian Klauziński / OKO.press
Kolaż: Hanna Szukalska/OKO.press
Zdjęcia: Nagrania OKO.press; Agencja Wyborcza.pl; Google Street View; Freepic

24 czerwca 2022

– Ta sprawa to dla mnie niezabliźniona rana. To wraca, to się śni – mówi OKO.press Wojciech, oskarżający o molestowanie twórcę biznesowej potęgi szczecińskiego Kościoła. Dlaczego arcybiskup Dzięga stanął po stronie księdza Mariana Sz.?

We wczorajszym tekście opisaliśmy jak ksiądz Marian Sz. – prawa ręka biskupa szczecińskiego Andrzeja Dzięgi – od lat 90. załatwia państwową ziemię dla szczecińskiego Kościoła. Dzięki niej archidiecezja zarabia miliony złotych rocznie.

Odkryliśmy, że ten sam ksiądz jest oskarżany o molestowanie nieletnich.

Zamknięci na zakrystii

– Czy ksiądz nas więzi? – z niedowierzaniem pyta dziennikarz francuskiej telewizji. Ks. Marian przekręca klucz w zamku. Przed chwilą wraz z dwoma innymi księżmi wepchnął dziennikarza i operatora do zakrystii. I zapowiedział, że nie wypuści ich, dopóki nie przyjadą „jego ludzie”.

– Już teraz chcę wyjść – nalega dziennikarz.

– Za chwilę pan wyjdzie.

– Teraz chcę wyjść. Teraz! Policja! Policja!

Księdzu puszczają nerwy. Próbuje wyrwać kamerę z rąk operatora. Po krótkiej szarpaninie Francuzi zdobywają klucz i uciekają z kościoła.

Jest rok 2013. Francuska telewizja przygotowuje materiał o pedofilii w polskim Kościele. Jednym z jego antybohaterów ma być ksiądz Marian Sz., proboszcz parafii w Szczecinie. Dziennikarze poszli śladem książki „Lękajcie się” Ekkego Overbeeka, holenderskiego korespondenta w Polsce. Była to pierwsza większa publikacja w Polsce na temat przestępstw seksualnych tutejszych księży i ich tuszowania przez biskupów. 

Jednym z jego rozmówców był Wojciech, którego ksiądz Marian pod koniec lat 70. uczył religii w czwartej klasie podstawówki. Udało nam się do niego dotrzeć.

Cukierek u księdza po katechezie

Warszawa. Małe, stylowo urządzone mieszkanie na nowym osiedlu. Wojciech ma 54 lata, jest urzędnikiem. Siadamy przy kuchennym stole. Kiedy temat schodzi na księdza Mariana, Wojciech zaczyna się jąkać. Kilka razy z trudem powstrzymuje płacz. 

Chociaż od tamtych wydarzeń minęło ponad 40 lat, do tej pory poci się ze strachu na widok mężczyzny ubranego w czarną koszulę i czarne spodnie. – Te wspomnienia są jak robak, który zawsze gdzieś wylezie – mówi. Do dzisiaj z tego powodu chodzi na terapię.

Pod koniec lat 70. Wojtek ma 9 lat, jest ministrantem. Religii uczy się przy parafii św. Aleksandra w Suwałkach, w samym centrum miasta. Prowadzi je kleryk Marian Sz. Każe Wojtkowi zostawać po katechezie pod pretekstem dodatkowego przepytania. Częstuje go słodyczami i każe siadać na kolanach. Przytrzymuje chłopca, wsuwa rękę do rozporka, obmacuje.

Tekst jest efektem współpracy działu śledczego OKO.press i magazynu śledczego FRONTSTORY.PL

Historie warte uwagi.
Zapisz się na nasz Newsletter
żeby żadnej nie przegapić

„Zagroził mi, że nie będę mógł służyć do mszy, jeśli komuś o tym powiem i przestanę przychodzić. Po drugim razie dostałem od niego różaniec w kolorze czarnym (który mam do dziś, a którego nigdy nie dałem rady już wziąć do ręki i odmówić modlitwy) mówiąc, że to, co robi to nic takiego, że to taka zabawa” – napisze w 2011 r. Wojciech w liście do szczecińskiej kurii. List to oficjalne zawiadomienie do przełożonych Sz., poważne oskarżenie wobec księdza.

W Suwałkach duchowny potrafi zaczepić go na ulicy i nalegać na kolejne spotkania. Podczas wizyt daje chłopcu słodycze albo coś z zagranicznych darów. Wojtek zaczyna się jąkać. Zaniedbuje naukę.

Jak mówi nam Wojciech, ksiądz bardzo dba nie tylko o niego. Wybiera chłopców z niepełnych, ubogich rodzin. W szóstej klasie Wojtek próbuje rzucić się pod samochód. W ostatniej chwili łapie go przypadkowy przechodzień.

W 1981 r. duchowny daje chłopcu swój obrazek prymicyjny. To tradycyjna pamiątka pierwszej mszy, tzw. prymicji, odprawianej przez nowo wyświęconego księdza w jego rodzinnej parafii. W przypadku Sz. to mała wieś w Świętokrzyskiem.

„Eks” i tajemnica seminarium

Wojtek nikomu nie mówi, o tym, co robi Marian Sz. Dopiero w czasie studiów opowie o tym babci. 

– Potrzebowałem dużo czasu i długiej terapii, żeby w ogóle stanąć na nogi i ten temat spróbować ugryźć. To wymagało dojrzałości dorosłego człowieka. Ja dopiero wtedy byłem w stanie się z tego otrząsnąć no i zacząć się tym tematem ponownie interesować. Przekonał mnie mój znajomy jezuita. Powiedział mi: „pomyśl o krzywdzie innych dzieci”. To już mnie totalnie przekonało. Do tej pory nie mogę wyrzucić z głowy, że on mógł przez tyle lat robić to kolejnym dzieciom – mówi nam Wojciech.

W 2011 r. wpisuje w Google imię i nazwisko księdza. Okazuje się, że duchowny jest proboszczem parafii na drugim końcu Polski, w Szczecinie. 

Dlaczego trafił tam z Suwałk?

Z naszych informacji wynika, że Sz. najpierw uczy się w seminarium w Krakowie, ale go nie kończy. Potem trafia do Suwałk, gdzie uczy religii.Wskazywałoby to, że był uczniem seminarium duchownego w pobliskiej Łomży. Jednak tamtejsza kuria temu zaprzecza: „W 1978 r. Sz. ubiegał się o przyjęcie do naszego seminarium, ale uzyskał odmowną odpowiedź”.

Z notek biograficznych księdza wynika, że święcenia przyjmuje trzy lata później w Szczecinie.

– Archidiecezja szczecińsko-kamieńska nigdy nie obfitowała w księży. Zgarniali, jak się ich nazywa, „eksów”, czyli wywalonych z innych seminariów – wyjaśnia nam osoba blisko związana z episkopatem.

Przeczesując sieć Wojciech znajduje współczesne zdjęcia Sz. z pielgrzymek i zdjęcia z młodymi ministrantami. Głównie ze względu na nich postanawia napisać do kurii w Szczecinie: „Oskarżam ww. kapłana o to, że w latach 80. pracując jako katecheta w parafii Św. Aleksandra w Suwałkach dopuścił niejednokrotnego czynu pedofilskiego zarówno na mnie jak i na moim koledze” – pisze Wojciech. W liście żąda natychmiastowego odsunięcia księdza od pracy z dziećmi. 

Wojciech zdradza nam nazwisko kolegi, o którym wspomina w liście. Próbujemy się z nim skontaktować – odmawia rozmowy.

Na list odpowiada mu arcybiskup Andrzej Dzięga, który rządzi diecezją szczecińsko-kamieńską. Według niego nie ma żadnej sprawy księdza Sz.: w kurialnych aktach nie ma dowodów, że w ogóle prowadził działalność duszpasterską na terenie Suwałk.

– To kłamstwo. Na potwierdzenie swoich słów wysłałem biskupowi dwa moje świadectwa z lekcji religii w Suwałkach, na których ksiądz się podpisał. Żeby nie było wątpliwości, poświadczyłem je notarialnie – mówi nam Wojciech i pokazuje świadectwa.
Prowadzenie katechezy przez Sz. w Suwałkach potwierdziła nam także łomżyńska kuria.

Świadectwo z lekcji religii Wojciecha

– Kłamstwo księdza powinno tym bardziej uwiarygodnić wersję tego, który zgłasza zarzuty i dać biskupowi do myślenia. Kościelne przepisy dotyczące molestowania mówią, że ofiara ma być w centrum sprawy, to nad nią biskup powinien się pochylić  – komentuje Piotr Szeląg, były ksiądz, doktor prawa kanonicznego.

Skarżysz się? Ksiądz Marian cię nastraszy

Kilka dni po tym, jak odpisuje mu biskup, do Wojciecha list pisze sam ksiądz Sz. Wprost przyznaje, że arcybiskup Dzięga przekazał mu całą korespondencję mężczyzny z kurią oraz jego dane kontaktowe. To oczywiste złamanie procedur kościelnego dochodzenia.

Ksiądz najpierw sugeruje, że winy powinno się wybaczać: „​​Jako dawny katecheta uczyłem Pana o sakramencie pokuty, którego istotą jest prowadzić człowieka do zbawienia, bo Bóg chce zbawić każdego człowieka”. 

Potem poucza: „Bardzo proszę nie nadużywać wolności i sprzyjających okoliczności do szkalowania mojej osoby i uderzania w moją godność i mój Kościół”. 

Na końcu straszy: „Zaznaczam, że sugerowane oskarżenie nie ma żadnego związku z cechami mojej osobowości. Naruszanie mojego dobrego imienia może dla Pana zakończyć się procesem cywilnym i karnym”.

Wojciech stanowczo domagał się od biskupa Dzięgi wyjaśnienia, dlaczego przekazał ks. Marianowi Sz. jego korespondencję i adres.

– Byłem w szoku, jak kuria mogła przekazać moje dane księdzu, którego oskarżam o molestowanie? – mówi Wojciech. Kuria nigdy nie odniosła się ani do kłamstwa księdza w sprawie katechezy w Suwałkach, ani do kwestii przekazania danych Wojciecha duchownemu.

W styczniu 2012 r. Wojciech zostaje wezwany do szczecińskiej kurii na przesłuchanie. Prowadzi je dwóch księży powołanych przez biskupa Dzięgę do wyjaśnienia tej sprawy – ks. dr Sławomir Bukalski oraz ks. Sławomir Zyga, wieloletni kanclerz i rzecznik prasowy szczecińskiej kurii.

– To wyglądało tak, jakbym zaraz miał wejść na stos. Kazali mi przysięgać na krzyż, że mówię prawdę i tylko prawdę. Powiedziałem, że tego nie zrobię. Po krótkiej sprzeczce w końcu zaczęli przesłuchanie. Atmosfera była fatalna. Padło pytanie, które mnie zszokowało: czy byłem świadkiem stosunku płciowego między moim ojcem i matką – opowiada nam Wojciech. Wcześniej nikt go nie poinformował, że na przesłuchanie może przyjechać z zaufaną osobą.

Po przesłuchaniu mężczyzna dosyła kościelnej komisji dokumenty z leczenia psychiatrycznego oraz wskazuje świadków, którzy mogą potwierdzić jego zeznania. Podaje imię i nazwisko kolegi, który również miał być wykorzystany przez księdza Sz. Według Wojciecha szczecińska kuria nigdy nie przesłuchała tych świadków. 

Od spotkania w kurii mija rok. Ks. Zyga pytany przez Wojciecha o postępy w sprawie odpisuje: „Chcemy poinformować, że komisja z własnej inicjatywy podjęła także pewne działania o charakterze eksperckim, które dodatkowo mogą ułatwić wyświetlenie prawdy”. Jakie to działania? Nie wiadomo. W jednym z kolejnych pism ks. Zyga pisze, że okoliczności opisane przez Wojciecha „nie są jeszcze – niestety – wystarczająco jednoznaczne, a czasami nawet niespójne z posiadanymi już przez Komisję innymi autentycznymi dokumentami”.
Mimo próśb Wojciecha i wymiany kilkunastu listów, kuria nie wyjaśnia, o jakie dokumenty chodzi.

Komisja: trudno zidentyfikować sprawcę

Kuria zawiesza wstępne dochodzenie w sprawie ks. Mariana w 2014 r. po materiale francuskich dziennikarzy zamkniętych w zakrystii. „Z racji na możliwe ujawnienia dodatkowych okoliczności” – tłumaczy ks. Zyga w liście do Wojciecha.

Kuria napisze mu później, że nie wpłynęły do niej nowe oficjalne skargi na Mariana Sz. Ale czy do abp. Dzięgi nie dochodziły nieoficjalne sygnały o niewłaściwym zachowaniu księdza Sz.?

– Mówiło się między księżmi, że Marian lubi chłopców, te sprawy są głośne. Tutaj chłopiec, tam chłopiec, tam znowu inny chłopiec – opowiada nam duchowny z diecezji szczecińsko-kamieńskiej. – Sam wiem o jednym chłopcu. Wiem to od jego ojca, ale ojciec mówi, że nie pozwoli, żeby ktoś to odgrzebywał – mówi ksiądz.

Dochodzenie prowadzone przez ks. Zygę i ks. Bukalskiego kończy się w styczniu 2015 r. Czyli aż po trzech latach, chociaż jest to tzw. dochodzenie wstępne, które zwykle trwa kilka tygodni. Ma na celu tylko sprawdzenie, czy zgłoszenie jest prawdopodobne. 

Arcybiskup Dzięga wysyła wtedy zgromadzony materiał do Kongregacji Nauki Wiary, którą muszą powiadamiać o przestępstwa seksualnych księży przeciwko nieletnim. Kongregacja jest papieskim urzędem, zajmującym się m.in. wydawaniem wyroków w tego typu sprawach. To ona decyduje o wszczęciu właściwego procesu po zakończeniu wstępnego dochodzenia. Wydając decyzję opiera się jednak na tym co dostanie od biskupa, który sprawuje najwyższą władzę sądowniczą w diecezji.

– To wyglądało tak, jakbym zaraz miał wejść na stos. Kazali mi przysięgać na krzyż, że mówię prawdę i tylko prawdę – mówi Wojciech.

W czerwcu 2015 r. ks. Zyga donosi, że Watykan zbadał już sprawę. I nie uznał za koniecznie jej kontynuowania. Ksiądz Marian uniknął więc procesu, w którym abp. Dzięga musiałby zbadać jego sprawę bardziej drobiazgowo.

Powód? „Niemożność jasnej identyfikacji oskarżonego również przez dowodzenie na podstawie dokumentów, oraz brak innych oskarżeń tego typu”.

Dlaczego Watykan miał trudność z „identyfikacją oskarżonego”, skoro Wojciech podał jego nazwisko i miejsce zdarzenia, a kuria łomżyńska potwierdziła nam, że był tam katechetą? Nie dowiemy się tego bez wglądu do akt, na podstawie których Watykan wydał werdykt. Kościelne akta to pilnie strzeżona tajemnica. Biskupi nie udostępniają ich ofiarom, a nawet prokuraturze i sądom – nie mówiąc o dziennikarzach.

Kleryk? Kleryków nie ruszamy

Rok później biskup Dzięga pisze do Wojciecha, że został zobowiązany do przekazania mu fragmentu kolejnego pisma z Kongregacji. Wynika z niego, że oskarżenia mężczyzny dotyczą czasu, kiedy sprawca był klerykiem, a nie księdzem, więc sprawa ta nie leży w kompetencji watykańskiej Kongregacji Nauki Wiary.

To prawda. Żadna z kongregacji nie zajmuje się przestępstwami popełnianymi przez księży przed przyjęciem święceń. Biskup mógłby jednak odsunąć księdza Sz. od kontaktu dzieci bez konsultowania się z Watykanem. Dzięga nie robi nic. Sz. pozostaje proboszczem, opiekuje się ministrantami.

– I na tym się skończyło. Nie dostałem zgody na wgląd do akt, więc nie znam żadnych szczegółów mojej własnej sprawy. Nie wiem, co przez te lata robiła komisja, ani jakie dowody zebrała. Ta sprawa to dla mnie niezabliźniona rana. To wraca, to się śni. Często się budzę i mam przed oczami to całe zdarzenie. Terapia pomaga, ale nie pozwala tak naprawdę do końca się podnieść. Nie życzę nikomu, żeby czegoś takiego doświadczył w życiu. Nikomu – opowiada Wojciech.

Jedziemy do Szczecina. Chcemy porozmawiać z ks. Zygą o tym, jak jego komisja prowadziła sprawę księdza Sz. Ciekawi nas, czy kuria otrzymała inne niepokojące sygnały dotyczące Mariana Sz.

Ks. Zyga odmawia spotkania. Zasłania się tym, że nie jest już rzecznikiem kurii. W kurii słyszymy, że na stanowisku rzecznika jest wakat. 

Na naszego maila odpisuje ks. Julian Głowacki, wicekanclerz szczecińskiej kurii. Na żadne pytanie jednak nie odpowiada. Ogranicza się do formułki, że w sprawie duchownego wszystko zostało przeprowadzone tak, jak trzeba.

Wicekanclerz nie zgadza się na przekazanie pytań ks. Marianowi, ani nie zdradza, gdzie duchowny teraz przebywa.

Kodeks sobie, ksiądz sobie

Na stronie ostatniej parafii ks. Mariana czytamy, że – gdy przebywa w Szczecinie – mieszka w tamtejszym seminarium duchownym razem z klerykami. A gdy nie przebywa w Szczecinie? – Szukajcie w Krakowie, on tam przy sanktuarium w Łagiewnikach ma dom pielgrzyma czy coś w tym rodzaju – podpowiada nam szczeciński duchowny.

Łagiewniki to sakralny kompleks, w którego skład wchodzi Sanktuarium Bożego Miłosierdzia oraz klasztor sióstr Faustynek. Dookoła sanktuarium jest sporo miejsc z noclegami dla pielgrzymów.

Na stronie jednego z większych obiektów w galerii zdjęć znajdujemy fotografię ze znajomo wyglądającym księdzem machającym z balkonu. Według rejestru działalności gospodarczej hotel prowadzony jest przez osoby świeckie, ale, jak udaje nam się ustalić, właścicielem nieruchomości jest ks. Marian Sz.

Kodeks prawa kanonicznego (dokładnie kanon 286) zakazuje osobie duchownej prowadzenia interesów osobiście lub przez innych, chyba że uzyska zgodę biskupa. Zapytaliśmy zarówno kurię szczecińską jak i krakowską, czy ksiądz Sz. taką zgodę dostał. Żadna z nich nie odpowiedziała.

Ksiądz nie jest jednak w Łagewnikach anonimowy. Znajdujemy w sieci relację z pielgrzymki z 2016 r., którą ksiądz Marian przyjął w sanktuarium i obdarował modlitewnikami.

– Prawo kanoniczne? Przepisy mówią też, że nie wolno jechać więcej niż pięćdziesiąt w obszarze zabudowanym, a jednak ludzie jeżdżą szybciej. Nie o wszystkim się mówi biskupowi, nie o wszystkim biskup wie – mówi nam ksiądz ze Szczecina. – Jeżeli jest się duchownym po siedemdziesiątce, jak Marian, ma się jakieś zasługi, to biskup też nie będzie wsadzał kija między szprychy.

Ja nie jestem na gwizdnięcie

Hotel stoi rzut kamieniem od sanktuarium, w idealnym miejscu dla pielgrzymów. Z informacji na jego stronie w sieci wynika, że dwupiętrowy, zadbany budynek z krucyfiksem na elewacji może przyjąć do 45 gości.

Dzwonimy domofonem przy furtce i pytamy o wolny pokój. Furtkę otwiera nam mężczyzna z małą kamerą na klatce piersiowej.

Po chwili pojawia się pracownik hotelu, młody, wysportowany chłopak. Wprowadza nas do środka. Najpierw pokazuje obszerną kuchnię dla gości. Potem oglądamy z nim jeden z pokoi – łóżko, szafka, stolik i portret Jana Pawła II na ścianie.

Pytamy, czy zastaliśmy ks. Mariana. Podajemy się za znajomych księdza z Pełczyc, czyli miejscowości, gdzie duchowny stara się o 140 hektarów dla Kościoła.

– Tak, ksiądz jest u siebie. W tej chwili ma jakieś spotkanie, ale mogę go zawołać. – Chłopak znika za rogiem, gdzie jest drugie wejście do prywatnej części budynku.

Po chwili zza rogu wychodzi ksiądz Sz. – Co jegomościu pragniesz? – podejrzliwie wita nas zadbany mężczyzna w eleganckiej marynarce.

Pytamy go o ziemię, o którą stara się dla biskupa Dzięgi.

– Ja dla żadnego biskupa nic nie załatwiam. Jeżeli pan chce rozmawiać, proszę złożyć pismo do kurii – mówi ksiądz. Prosimy go o krótką rozmowę. – A co pan myśli, że ja jestem na gwizdnięcie dla pana? – odpowiada zdenerwowany duchowny.

– Chciałem też zapytać o sprawę pana Wojciecha. Pamięta pan pewnie…

– Nic nie pamiętam.

– Oskarżył pana, toczyło się postępowanie.

– Proszę pana, pan nagrywa, ja nie mam na to czasu, na rozmowy. Dziękuję bardzo.

– Toczyło się w księdza sprawie postępowanie kanoniczne…

– Proszę opuścić teren!

Ksiądz wyprasza nas za bramę hotelu. Słyszymy jeszcze, jak daję burę chłopakowi z recepcji.

Jak powstrzymać pedofila

Na zewnątrz, pod budynkiem, parkuje ciężarówka z napisem „Stop pedofilii”, zwana homofobusem. To część akcji ultraprawicowej Fundacji Pro-Prawo do Życia, która od kilku lat szczuje na osoby LGBT, łącząc je z pedofilią.

Z hotelu wychodzi mężczyzna z kamerką na klatce piersiowej, ten sam, który otwierał nam furtkę. Kamerka, jak sprawdzamy później, to stały element wyposażenia kierowców homofobusów, którzy dzięki niej dokumentują każdą próbę blokowania przejazdu.

Furgonetka powoli odjeżdża spod hotelu księdza Mariana Sz. Z tyłu na pace widać napis: „Wejdź na stoppedofilii.pl. Pobierz poradnik ‘Jak powstrzymać pedofila’”.

Współpraca: Konrad Szczygieł / FRONTSTORY.PL

FRONTSTORY.PL

Magazyn Fundacji Reporterów

CZYTAJ WIĘCEJ